Kto naprawdę go zabił?

Jak naprawdę zginął ksiądz Jerzy, Szokujące ustalenia prokuratorów IPN„Oficjalna” i prawdziwa wersja zbrodni, nieznane sensacyjne dokumenty – książka Wojciecha Sumlińskiego „Kto naprawdę go zabił” opowiada o jednej z najokropniejszych, do dziś niewyjaśnionych zbrodni politycznych z okresu PRL: morderstwie księdza Jerzego Popiełuszki. Autor dotarł do rewelacyjnych, do dzisiaj nieznanych większości opinii publicznej dokumentów, które nakazują całkowite zrewidowanie naszej wiedzy o okolicznościach zbrodni, o procesie toruńskim, o osobach sprawców i o tym, co wokół tej zbrodni działo się już po śmierci księdza Jerzego. Książka relacjonuje śledztwo, prowadzone przez lubelskich prokuratorów IPN, po odebraniu nim sprawy praktycznie zamordowane. Lektura książki skłania do pytania – i udziela na nie odpowiedzi -  jak to możliwe, że powstaniu III Rzeczypospolitej nie można wyjaśnić do zagadki morderstwa księdza Jerzego, do dziś najgłośniejszej i najbardziej tajemniczej zbrodni w powojennej Polsce.

 

 

Fragment nr 1

31 sierpnia 1987 roku mecenas Edward Wende, występując w imieniu Waldemara Chrostowskiego, kierowcy, współpracownika i przyjaciela księdza Jerzego Popiełuszki, zawarł z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych ugodę opatrzoną klauzulą najwyższej tajności. Jej przedmiotem były wydarzenia z 13 i 19 października 1984 roku, związane z uprowadzeniem księdza Jerzego. „Poszkodowany przyznaje, że wyłączną odpowiedzialność za wyrządzoną mu krzywdę ponoszą osoby skazane wyrokiem sądu Wojewódzkiego w Toruniu w dniu 7 lutego 1985 roku. Skarb Państwa – Ministerstwo Spraw Wewnętrznych mając na uwadze, iż czyn oskarżonych godził nie tylko w zdrowie poszkodowanego, ale i w interes Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej – a zwłaszcza w bezpieczeństwo wewnętrzne oraz to, że wobec długotrwałych kar pozbawienia wolności nie będą oni w stanie zaspokoić słusznych żądań W. Chrostowskiego postanawia, kierując się pobudkami humanitarnymi, wynagrodzić powstałą szkodę ze środków budżetowych. Skarb Państwa – Ministerstwo Spraw Wewnętrznych oceniając charakter obrażeń ciała poszkodowanego, stopień uszkodzenia przedmiotów osobistego użytku oraz rozmiar wyrządzonej mu krzywdy, zmniejszającej możliwości zarobkowe oraz widoki powodzenia na przyszłość, zobowiązuje się wypłacić, a pełnomocnik Waldemara Chrostowskiego przyjąć tytułem odszkodowania łączną kwotę 1 650 000 zł, z tym, że zaspokojenie roszczenia obejmuje:

  1. zadośćuczynienie 600 000 zł
  2. odszkodowanie za straty materialne spowodowane wypadkiem, w postaci zniszczonych przedmiotów, utraconych dochodów i kosztów dożywiania 250 000 zł
  3. odszkodowanie jednorazowe w miejsce renty wyrównawczej 800 000 zł

ogółem 1 650 000 zł

Pełnomocnik adwokat Edward Wende w imieniu poszkodowanego Waldemara Chrostowskiego oświadcza, że wypłacona mu kwota stanowi pełną rekompensatę za wyrządzoną szkodę oraz zrzeka się dalszych roszczeń z tytułu obecnych, jak i mogących się ujawnić w przyszłości następstw zdarzeń z dnia 13 i 19 października 1984 roku zarówno w stosunku do Skarbu Państwa jak i sprawców przestępstwa”.

Niezwykłe to zobowiązanie, podobnie jak sama ugoda. Było coś niepojętego w decyzji Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, łamiącego wszelkie obowiązujące wówczas kanony postępowania, czyli wyrażającego zgodę na wypłatę gigantycznego na owe czasy odszkodowania, w dodatku przedstawicielowi wrogiej opozycji.

Jednak jeszcze bardziej niezrozumiały był fakt, że ugodę zaakceptował Waldemar Chrostowski, bohater i jedyny świadek zbrodni na księdzu Jerzym – ugodę, której treść raz na zawsze miała zamknąć dociekanie, co naprawdę wydarzyło się tragicznego wieczora 19 października 1984 roku.

Przez blisko osiemnaście lat zobowiązanie Waldemara Chrostowskiego, pieczętujące oficjalną wersję zdarzeń, pozostawało opatrzone klauzulą najgłębszej tajemnicy.

Jak wyjaśnić tę ugodę?

Dlaczego mecenas Edward Wende nigdy nie ujawnił jej treści?

Dlaczego w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych obwarowano ją klauzulą „Tajne”?

Fragment nr 2

Późnym popołudniem w piątek 26 października 1984 roku na biurku Prokuratora Wojewódzkiego w Toruniu Mariana Jęczmyka zadzwonił telefon. Dzwonił znany Jęczmykowi prokurator:

- Na tamie znaleziono niezidentyfikowane zwłoki – rzucił krótko.

Mimo lakoniczności komunikatu Jęczmyk w lot pojął jego wagę i dramaturgię. Kilka godzin wcześniej zakończyło się całonocne przesłuchanie Waldemara Chmielewskiego. W szesnastej godzinie trwającego non stop przesłuchania Chmielewski zeznał, że poszukiwany od 19 października ksiądz Jerzy Popiełuszko został zamordowany, a jego ciało wrzucone do Wisły, pośrodku tamy we Włocławku. Choć ten oficer SB w ciągu ostatnich dni mocno podupadł na zdrowiu zarówno fizycznym (bardzo duże skoki ciśnienia próbowano ustabilizować farmakologicznie, bez przerwy czuwało przy nim dwóch lekarzy – istniała obawa, że zejdzie w trakcie przesłuchania), jak i psychicznym (popadał w skrajne stany psychiczne, od euforii do krańcowego załamania), zeznań tej rangi nie można było zlekceważyć.

W okolice tamy została skierowana ekipa kilkunastu milicyjnych płetwonurków, która pracowała od kilku godzin i która teraz, jak wynikało z lakonicznej informacji przekazanej Prokuratorowi Wojewódzkiemu w Toruniu, zakończyła swoje wysiłki sukcesem.

Nie było ani chwili do stracenia. Dochodziła 13.50, gdy Marian Jęczmyk sięgnął po słuchawkę i wykręcił numer Wiesława Merkla, podwładnego prokuratora i zarazem rzecznika prasowego Prokuratury Wojewódzkiej. Prokurator Wojewódzki cenił go i darzył zaufaniem, którego nie umniejszał nawet fakt, że syn rzecznika, Jacek Merkel, był znanym działaczem podziemnej „Solidarności” (po latach okazało się, że był „opozycjonistą” na pasku służb specjalnych PRL – tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa). W krótkich słowach Prokurator Wojewódzki zrelacjonował sytuację. Na koniec wydał polecenie, by Merkel zorientował się we wszystkim na miejscu i zastąpił obecnego już przy tamie prokuratora Andrzeja Misiaka z Prokuratury Rejonowej w Toruniu. Kilkanaście minut później prokurator Merkel był już w drodze. Dochodziła 14.55, gdy zatrzymał się w pobliżu tamy.

To, co wydarzyło się później, pozostaje jedną z większych tajemnic związanych ze zbrodnią na księdzu Jerzym.

Według jednego z dwóch wariantów przyjętych przez prokuratorów IPN, gdy Wiesław Merkel dotarł nad tamę, stał się świadkiem dziwnych i bezprecedensowych wydarzeń.

Jadąc na miejsce zbrodni, toruński prokurator nie mógł przypuszczać, że za chwilę przyjdzie mu przeżyć zdumienie, z którym nie może się równać żadne inne z kilkunastoletniej pracy w zawodzie prokuratora. Bowiem, gdy natychmiast po przybyciu poprosił o okazanie znalezionych zwłok, usłyszał od prokuratora Misiaka, że żadnych zwłok nie znaleziono! Tym bardziej zadziwiający był fakt, że pomimo nie znalezienia zwłok ekipa płetwonurków przerwała akcję poszukiwawczą i rozpoczęła przygotowania do odjazdu.

Sytuacja wydawała się absurdalna. Idealne tego dnia warunki atmosferyczne i wiarygodne informacje o miejscu wrzucenia zwłok przemawiały za kontynuowaniem poszukiwań do skutku. „Jak to możliwe, że w tej sytuacji przerwano poszukiwania?” – zastanawiał się Merkel. Swoimi wątpliwościami podzielił się z podpułkownikiem Eugeniuszem Gawrońskim z WUSW w Toruniu, ten jednak zbył jego uwagi tłumaczeniem, że… niebawem zapadną ciemności. Po uzyskaniu takiego nic niewyjaśniającego „wyjaśnienia” Wiesław Merkel zadzwonił do Dyrektora Departamentu Postępowania Przygotowawczego w Prokuraturze Generalnej, prokuratora Wyciszczaka, któremu zgodnie z poleceniem Prokuratora Wojewódzkiego zameldował, że zwłok księdza, które jakoby zostały znalezione, nie ma. W odpowiedzi otrzymał polecenie napisania raportu i powrotu do Torunia.

„O wszystkim, co dotyczyło przebiegu poszukiwań zwłok księdza, decydowali funkcjonariusze milicji, sterowani rozkazami z Warszawy. Nie mieliśmy z prokuratorem Merklem żadnego wpływu na przebieg tych poszukiwań. (…) Byliśmy na tej tamie z prokuratorem Merklem jedynie statystami. Była to dla mnie sytuacja nowa, nie spotykana wcześniej podczas obecności na miejscach zdarzeń. Jeżeli prokurator już się na miejscu zdarzenia pojawił, to pełnił zawsze rolę kierownika czynności, które przynajmniej z nim uzgadniano. Tak było zawsze wcześniej w moim przypadku. Wtedy nie mieliśmy z prokuratorem Merklem na tamie żadnego telefonu ani radiostacji, faktycznie byliśmy pozbawieni środków łączności z Prokuraturą Wojewódzką w Toruniu” – powie po latach towarzyszący Merklowi prokurator Andrzej Misiak z Prokuratury Rejonowej W Toruniu.

O 16.30, z głową pełną pytań bez odpowiedzi, prokurator Merkel wyruszył w drogę powrotną do Torunia.

„Bardzo trudno jest mi odpowiedzieć na pytanie, dlaczego poszukiwania zwłok księdza przerwano w dniu 26 października 1984 roku. Po prostu nie wiem. (…) Według mojej fachowej wiedzy poszukiwania zwłok księdza należało kontynuować bez żadnych przerw do czasu uzyskania informacji, gdzie one się znajdują, do czasu ich znalezienia. W czasie takiej przerwy w poszukiwaniach różne rzeczy mogły stać się ze zwłokami – tam rybacy łowili ryby, używali do tego sieci, spinningów. Mogły zajść inne, trudne do przewidzenia okoliczności mogące spowodować zniszczenie lub zniekształcenie zwłok. Od chwili uzyskania informacji gdzie są zwłoki, teren należało zabezpieczyć i pilnować w dzień i w nocy do czasu zakończenia poszukiwań” – zezna po latach Wiesław Merkel.

Co się stało? Dlaczego nastąpiło tak gwałtowne wstrzymanie działań poszukiwawczych? Dlaczego wezwanie prokuratora związane było z odnalezieniem zwłok księdza Popiełuszki, a na miejscu okazało się, że żadnych zwłok nie ma? Merkel nie potrafił odpowiedzieć na te pytania. Wykluczał jedno – możliwość pomyłki bądź konfabulacji ze strony Prokuratora Wojewódzkiego.

„Na pewno informację taką przekazano mu z Warszawy, albo też został o tym poinformowany przez WUSW w Toruniu. Na pewno prokurator Jęczmyk sam sobie takich faktów i okoliczności nie wymyślił” – zapewnił prokuratora Andrzeja Witkowskiego.

Co się zatem wydarzyło?

Fragment nr 3

Rankiem 30 października 1984 roku Andrzej Czerwiński i Zenon Grubich z narastającym zaciekawieniem obserwowali brzeg akwenu, na którym kilkudziesięciu dopiero co przybyłych milicyjnych płetwonurków przygotowywało się do zejścia pod wodę.

Podobnie jak cztery dni wcześniej Grubich i Czerwiński, cywilni nurkowie, którzy na co dzień zajmowali się pracami podwodnymi w okolicach tamy i znali akwen jak własną kieszeń, zaproponowali funkcjonariuszom MO pomoc w poszukiwaniach. Podobnie jednak jak wcześniej milicjanci odrzucili ofertę. Tym razem na osobiste polecenie Ministra Spraw Wewnętrznych, Czesława Kiszczaka, który przekazał funkcjonariuszom swoją decyzję drogą radiową.

Nie mogąc pomóc w poszukiwaniach, Grubich i Czerwiński obserwowali pracę nurków, którzy podpłynęli pontonami pod 4 i 5 filar, a następnie zeszli pod wodę.

Mijała 10.00, gdy przy samym końcu filara Czerwiński zauważył plamy na wodzie – kolorowe tęcze świadczące o wrzuceniu w tym miejscu czegoś oleistego. O swoim spostrzeżeniu powiadomił kierującego akcją cywila, który po chwili przez radiostację wydał płetwonurkom polecenie sprawdzenia wskazanego miejsca. Zanim płetwonurkowie zdołali dopłynąć do tego miejsca, w powietrzu rozległ się głośny warkot zbliżającego się śmigłowca. Helikopter zrobił rundę wokół akwenu, po czym wylądował tuż przy murze oporowym zapory bocznej, w pobliżu drogi na Lipno.

Z helikoptera wysiadło kilka osób. Kierujący akcją poszukiwawczą cywil dał znak Czerwińskiemu, by ten szedł za nim. Gdy zbliżyli się do śmigłowca, Czerwiński spostrzegł ubranego po cywilnemu generała Czesława Kiszczaka, którego otaczało kilku innych cywili i wysokich rangą umundurowanych oficerów MO. Funkcjonariusz kierujący akcją zameldował się ministrowi, który z widoczną sympatią przywitał go uściskiem dłoni. Nastrój życzliwości prysł w chwilę później, gdy kierujący akcją przedstawił Kiszczakowi nurka pracującego na zaporze, który może pomóc w poszukiwaniach. Minister bardzo się zdenerwował. Wyciągnięta przez Czerwińskiego dłoń pozostała zawieszona w powietrzu.

„Generał nie podał mi ręki i od razu stanowczym tonem powiedział do kierującego akcją, że >kategorycznie zabrania mieszać do tego cywilów<. W związku z tym kazano mi odejść. Odchodząc, wyraźnie usłyszałem słowa Kiszczaka wypowiedziane do kierującego akcją i pozostałych funkcjonariuszy, że >on tu się dzisiaj musi znaleźć<. Te słowa bardzo mnie zdziwiły i dlatego też tak dobrze je zapamiętałem. Były to słowa wypowiedziane głośnym tonem rozkazującym” – zeznał przed prokuratorami Andrzej Czerwiński.

„Po odejściu od Kiszczaka i pozostałych osób udałem się do bazy na górnej wodzie i zacząłem obserwować płetwonurków. Nie pamiętam, czy helikopter z ministrem Kiszczakiem odleciał już, ale około godziny 11.00 wszedłem ponownie na filar, przy którym wówczas widziałem oleiste plamy i zauważyłem, że we wcześniej wskazanym przeze mnie miejscu wypłynął płetwonurek i powiedział, a raczej wskazał gestem ręki, że jest. Płetwonurek podpłynął do łódki, na której byli inni funkcjonariusze z grupy poszukiwawczej i już im słownie powiedział, że >jest<. Otrzymał wówczas polecenie, aby zwłoki uniósł do lustra wody i po chwili wypłynął ze zwłokami do lustra wody. Ja to obserwowałem z góry i wyraźnie widziałem pochyloną na bok głowę tych zwłok. W tym samym momencie zostałem zauważony przez funkcjonariuszy milicji pływających w łódkach. Któryś z nich krzyknął: >ktoś patrzy, jest na filarze<, wówczas zszedłem szybko z filara i udałem się do bazy. Szybko się wycofałem, gdyż obawiałem się, że mogę w związku z tym mieć problemy. Dalej przebieg tej akcji obserwowałem już z bazy. Po podciągnięciu do lustra wody zwłoki zostały ponownie zatopione. Płetwonurkowie łodziami zostali przewiezieni do brzegu i w tym miejscu, gdzie zwłoki zostały zatopione pozostała jedynie łódka, na której siedziało kilku funkcjonariuszy. Dopiero w późnych godzinach popołudniowych cały teren zapory został oczyszczony z osób postronnych, był wstrzymany ruch na moście i otrzymaliśmy zakaz wychodzenia z terenu bazy. Mimo tego zakazu z terenu bazy dokładnie widziałem, jak zwłoki zostały ponownie wyłowione przez płetwonurków, a następnie zaczepione do pontonu i holowane w ten sposób do brzegu. Tam, gdzie znajdowała się chwilowa baza płetwonurków i ekipy poszukiwawczej, podjechał samochód marki „Nysa” i do niego zostały załadowane zwłoki. Dokładnie zwłoki zostały ujawnione we wskazanym przeze mnie miejscu, gdzie przy filarze widziałem wydobywające się plamy” – zapamiętał nurek.

Według Andrzeja Czerwińskiego wypowiedziane rozkazującym tonem słowa Kiszczaka, że „on tu się dzisiaj musi znaleźć” były decyzją – nie ponagleniem. Jak zapamiętał przełożony Czerwińskiego, Zenon Grubich, niecałą godzinę później milicyjny płetwonurek uniósł do lustra wody zwłoki księdza Popiełuszki, a następnie je zatopił.

Fragment nr 4

Latem 1984 roku decydująca rozgrywka była przygotowana w najdrobniejszych szczegółach. Mimo to generał Wojciech Jaruzelski był zaniepokojony krótkim zastojem działań wobec kapelana „Solidarności” – spowodowanym, jak tłumaczyli odpowiedzialni za „problem księdza Popiełuszki” funkcjonariusze Departamentu IV MSW – kuracją szpitalną wiceministra spraw wewnętrznych Władysława Ciastonia. Jaruzelski był tak zaniepokojony, że zaalarmował kierownika Urzędu ds. Wyznań, profesora Adama Łopatkę, zobowiązując go do wzmożenia aktywności.

W homiliach z tamtego okresu ksiądz Popiełuszko odnosił się m.in. do kwestii uzależnienia Polski od Związku Radzieckiego, oceniając ciągłość polityki caratu wobec Polaków w wydaniu władców komunistycznych po II wojnie światowej.

„Dzięki chrześcijaństwu jesteśmy powiązani z kulturą Zachodu i dlatego mogliśmy się w historii opierać wszelkim innym kulturom ludów barbarzyńskich. Mogliśmy się oprzeć kulturom narzucanym przez wrogów czy przyjaciół”.

Reakcja nastąpiła niemal natychmiast.

12 września 1984 roku atak na „Solidarność” i na osobę księdza Jerzego Popiełuszkę przypuściły moskiewskie „Izwiestia”. W tekście „Lekcja za darmo” warszawski korespondent tej gazety zarzucił uwolnionym w wyniku lipcowej amnestii działaczom „Solidarności”, że „nie chcą się przyznać do własnej porażki. Wychodzą ze skóry, żeby być na widoku, żeby Zachód nie przestał wysyłać darów >bojownikom o wolność<. Występują nawet w kościołach, gdzie domagają się zmiany pojałtańskiego porządku w Europie”. Jako przykład takiego kościoła Leonid Toporkow wskazuje świątynię na Żoliborzu, gdzie, jak oceniał, nabożeństwa zostały zamienione na polityczny miting i gdzie głośne były okrzyki o zwrot Lwowa i Wilna. Toporkow ostrzegał, że wystąpienia te są prowokacją wobec Związku Radzieckiego i jako takie mają na celu zburzenie przyjaźni między narodami Polski i ZSRR. Działacze postsolidarnościowi występują, zdaniem Leonida Toporkowa, przeciwko politycznym interesom PRL, nawołując do wystąpienia z Paktu Warszawskiego i RWPG.

„Jest to ślepa orientacja na imperialistyczny Zachód, która we wrześniu 1939 roku doprowadziła Polskę do tragedii (…). Niedawno w kościele Św. Stanisława Kostki ksiądz Popiełuszko zwrócił się do amnestionowanych członków „Solidarności” z odezwą: >Odpoczęliście, czas wziąć się do pracy. Tylko energiczniej i chytrzej, niż poprzednio. Ważne jest, by się nie bać<. Sam ksiądz się nie boi. Swoje mieszkanie oddał na przechowywanie nielegalnej literatury, a sam ściśle współpracuje z kontrrewolucjonistami. Z ambony padają nie religijne kazania, ale słowa z ulotki napisanej przez Zbigniewa Bujaka, z której można wyczytać tylko nienawiść do socjalizmu. Rząd stawia więc sobie pytanie: czy możliwe jest, aby Popiełuszko i podobni mu duchowni mogli zajmować się rozrabiacką działalnością polityczną wbrew woli wyższej hierarchii kościelnej. Trudno sobie również wyobrazić, żeby zwykły ksiądz lub wikariusz działał na własną odpowiedzialność”. „Izwiestia” zakończyły tę publikację wnioskiem, iż „dla ekstremistów i ich opiekunów lekcja historii była na próżno”.

Generał Wojciech Jaruzelski otrzymał sygnał do rozprawienia się z ośrodkiem żoliborskim i jego duchowym przywódcą. Sygnał wyraźny i jednoznaczny. Impuls reprezentatywnego dla władz moskiewskich pisma stanowił jedynie zewnętrzny wyraz ustaleń, które zapadły w gabinetach moskiewskich i warszawskich decydentów najwyższego szczebla. Bo i tej miary był to „problem”.

Oczywiste stało się, iż ksiądz Jerzy Popiełuszko „musi zamilknąć”, należy z nim postąpić „na granicy zawału” – te sformułowania były powtarzane na naradach roboczych u kapitana Grzegorza Piotrowskiego i pułkownika Adama Pietruszki.

Jest w tekście omawianego artykułu fragment, który pozostawia interpretacyjny niedosyt i rodzi istotne pytania. Tak oto Leonid Toporkow, oceniając ustawę amnestyjną z lipca 1984 roku, podkreśla wspaniałomyślność władz PRL wobec przeciwnika politycznego („Lipcowa amnestia była dowodem wielkiego humanizmu ze strony rządu, który chcąc skonsolidować społeczeństwo, podał rękę swym przeciwnikom, by mogli powrócić do swych rodzin i uczciwej pracy”), nie stawiając – co na ówczesne czasy i zamierzenia samego autora zrozumiałe – pytania o to, jakie praktyczne, rzeczywiste cele przyświecały ekipie Jaruzelskiego. Przynajmniej na gruncie polskim w tę wykreowaną wspaniałomyślność nikt nie wierzył.

Nasuwają się pytania: czy istniał związek pomiędzy ogłoszeniem amnestii, wyjściem wielu działaczy „Solidarności” z więzień, a podjętą wkrótce potem kombinacją operacyjną peerelowskich służb specjalnych w stosunku do księdza Jerzego Popiełuszki, zakończonej jego zamordowaniem? Jaki to mógł być związek?

Przyjrzyjmy się informacjom zawartym w dokumentach IPN.

Oto trzy dni po ukazaniu się artykułu w „Izwiestiach”, 15 września 1984 roku, zarządzono obserwację kontrwywiadowczą późniejszych sprawców uprowadzenia księdza – Grzegorza Piotrowskiego, Waldemara Chmielewskiego, Leszka Pękali i Adama Pietruszki. Według obowiązujących przepisów resortowych tylko minister spraw wewnętrznych był władny zarządzić obserwację funkcjonariuszy tego resortu. Meldunki z obserwacji jednocześnie spływały bezpośrednio na biurka Czesława Kiszczaka i Wojciecha Jaruzelskiego.

Fakt ten koreluje z inną informacją – Czesław Kiszczak trafił do MSW właśnie z kontrwywiadu wojskowego, którego szefem był w latach siedemdziesiątych. Choć obserwacja, stanowiąca część misternie przygotowanego planu gigantycznej operacji, opatrzona została klauzulą najwyższej tajności, Piotrowski został o niej ostrzeżony. Informację o tym, że ma „ogon”, przekazał mu znajomy z Biura „B” MSW, który za to ostrzeżenie trafił na trzy lata do więzienia (pod pretekstem skazania za przestępstwo pospolite). Prawdopodobnie reżim już we wrześniu 1984 roku wytyczał skład przyszłej ławy oskarżonych w przygotowywanym dla nich procesie przed Sądem Wojewódzkim w Toruniu. Urabianie gruntu pod mające nastąpić niebawem wydarzenia było kontynuowane 19 września 1984 roku, w tygodniku „Tu i teraz”.

„W kościele księdza Popiełuszki urządzane są seanse nienawiści. Mówca rzuca tylko kilka zdań wyzbytych sensu perswazyjnego oraz wartości informacyjnej. On wyłącznie steruje zbiorowymi emocjami (…). Wyznawcy sfanatyzowanego księdza Popiełuszki nie potrzebują argumentów, dociekań, dyskusji, nie chcą poznawać, spierać się, zastanawiać i dochodzić do jakichś przekonań (…). Ksiądz Jerzy Popiełuszko jest więc organizatorem sesji politycznej wścieklizny” – napisał Jan Rem (Jerzy Urban) 19 września 1984 roku w artykule pt. „Seanse nienawiści”.

Treść artykułów skierowanych przeciwko księdzu Jerzemu Popiełuszce uzgadniana była w gabinecie naczelnika Wydziału I Departamentu IV MSW, kapitana Grzegorza Piotrowskiego.

Równocześnie w drugiej połowie września i na początku października ksiądz Jerzy otrzymywał znacznie więcej niż kiedykolwiek listów z pogróżkami i gróźb telefonicznych. Narastało zagrożenie, sytuacja księdza pogarszała się w błyskawicznym tempie, a jego los był już w tym momencie przesądzony: musiał zamilknąć, bądź – co bywa o wiele milej widziane przez każdą policję polityczną na świecie – mówić, ale jako jej przeobrażony współpracownik. Innymi słowy – jedyną szansą księdza było ocalenie życia za cenę pogrzebania ducha.

Wymuszona zgoda księdza byłaby ogromnym atutem w rękach specjalistów z zakresu kombinacji operacyjnych, przygotowujących grunt pod przyszłe wydarzenia w Polsce – problem „Solidarności” nie został rozwiązany, wręcz narastał. Inspiratorzy zbrodni i jej przyszli wykonawcy liczyli na to, że ksiądz „rozsypie się” na torturach. Dotychczas podczas przesłuchań, rozmów, a nawet w podejmowanych wobec kapelana szykanach stosowano w sumie łagodne metody perswazji. Prowokacje, zastraszanie, dyskredytowanie, nawet poniżające przesłuchania z elementami rewizji osobistej, w trakcie których księdzu Jerzemu kazano się rozbierać do naga – wszystkie te represje nie przynosiły spodziewanego efektu.

Tymczasem kapelana „Solidarności” nie można było nawet aresztować, aby w warunkach pozbawienia wolności swobodniej z nim „poflirtować”. Generał Jaruzelski w politycznych uwarunkowaniach tamtego okresu nie mógł nie uwzględnić prośby arcybiskupa Bronisława Dąbrowskiego o wypuszczenie z aresztu księdza Jerzego Popiełuszki (po zatrzymaniu go do sprawy „rewelacyjnych” efektów przeszukania jego mieszkania przy ulicy Chłodnej w grudniu 1983 roku; jedynym „efektem”, osiągniętym niejako przy okazji podrzucenia materiałów obciążających, było zamontowanie podsłuchu, do którego bezpośredni dostęp miał Czesław Kiszczak). Mógł być natomiast nieco zaskoczony interwencją – spolegliwą, ale jednak interwencją – hierarchy w tej sprawie.

Wyglądało na to, że również drogą „dyplomatyczną” nie da się rozwiązać „problemu Popiełuszki”. Naciski wywierane przez Kiszczaka na kościelnych hierarchów dawały umiarkowany, niespełniający oczekiwań efekt: mimo napomnień hierarchów ksiądz wciąż „szczekał” z ambony, a decyzja prymasa Józefa Glempa o wysłaniu go na studia do Rzymu odwlekała się. Ponieważ jesienią 1984 roku to głównie ksiądz Popiełuszko uniemożliwiał wyreżyserowanie scenariusza zneutralizowania (tj. uczynienia przychylnej władzom, skłonnej do kompromisu) wciąż żywotnej – pomimo represji stanu wojennego – „Solidarności”, rozwiązanie „problemu Popiełuszki” stało się dla władz jednoznaczne z rozwiązaniem „problemu >Solidarności<”. Po inspiracji w „Izwiestiach” dla załatwienia tego „nagłego problemu politycznego w Polsce” zastosowano najbardziej zaawansowaną metodę pracy operacyjnej służb specjalnych, tzw. kombinację operacyjną. Z dokumentów IPN wynika, że kombinacja operacyjna – czyli wytworzenie sytuacji fikcyjnej dla osiągnięcia jak najbardziej realnego celu –- zakładała podjęcie przez władze państwowe oficjalnych działań, które usprawiedliwiałyby dalszy, rzekomo niekontrolowany przez nie, bieg wypadków. Tutaj zadanie do wykonania – w ramach szeroko zakrojonej operacji – otrzymała agenda Departamentu IV MSW, Urząd ds. Wyznań.

17 września, a więc zaledwie pięć dni po artykule w „Izwiestiach” i dwa dni po zarządzonej obserwacji funkcjonariuszy resortu spraw wewnętrznych, zarządzonej przez ministra Kiszczaka, ten państwowy Urząd skierował do Episkopatu oficjalne pismo, którego retoryka, nawet jak na ówczesne uwarunkowania, brzmiała anachronicznie:

„Władze państwowe wielokrotnie informowały i przestrzegały kierownictwo Kościoła o zgubnych skutkach ich (niektórych duchownych rzymskokatolickich – przyp. W.S.) działalności. Mimo to działalność ta nie ustaje (…). W ostatnim czasie działalność ta nabrała nowej jakości. Powstała nielegalna, sprzeczna z prawem PRL i prawem kanonicznym kontrrewolucyjna organizacja duchownych i świeckich o ogólnokrajowym zasięgu. Cele, struktura tej organizacji oraz jej zasięg, a także metody jej działania, ujawnił 26 sierpnia 1984 roku ksiądz Jerzy Popiełuszko w kościele p.w. Św. Stanisława Kostki w Warszawie (…)”.

Innymi słowy – władze państwowe dały do zrozumienia Episkopatowi Polski, że ich cierpliwość się wyczerpała i nie można mieć do nich pretensji za bieg wypadków, które niebawem nastąpią. Dalej w omawianym tekście pro memoria następuje charakterystyka działalności antypaństwowej członków tej kontrrewolucyjnej organizacji o ogólnokrajowym zasięgu, którzy w wystąpieniach publicznych „podważają zasady ustrojowe PRL, burzą atmosferę ładu i porządku, powodują niepokój (…). Działania te odbywają się w ścisłym powiązaniu z Radiem Wolna Europa, które traktowane jest przez tę organizację, jako własna rozgłośnia. Poprzez to radio organizacja pozostaje w kontakcie z ośrodkami dywersji i szpiegostwa przeciwko Polsce. Kościół p.w. Św. Stanisława Kostki w Warszawie stał się od pewnego czasu główną ostoją omawianej organizacji (…)”.

W końcowym fragmencie tekstu oskarżono hierarchię kościelną o tolerowanie, a nawet osłanianie działalności kontrrewolucyjnej pod czytelnym przywództwem księdza Jerzego Popiełuszki, „co sprzyja rozszerzaniu się jej i podejmowaniu coraz to nowych form działania ”. Na zakończenie Urząd ds. Wyznań jednoznacznie zagroził, że brak reakcji na działalność organizacji kontrrewolucyjnej „zmusi władze do podjęcia stosownych działań prawem przewidzianych wobec organizacji i osób do niej należących, a zwłaszcza wobec jej przywódców”. Dla osób obeznanych z językiem służb bezpieczeństwa państwa rządzonego przez komunistów, przekład tych sformułowań na „język ogólnoludzkiej komunikacji” był jednoznaczny: na księdza Popiełuszkę praktycznie został wydany wyrok, z jednym warunkiem zastrzegającym – Episkopat miałby „niezwłocznie podjąć zdecydowane kroki ku likwidacji omawianej organizacji” i uniemożliwić „odrodzenie się tego typu działalności w ramach struktur kościelnych”.

Wydarzenia miały swoją kontynuację już po zbrodni na księdzu Jerzym!

Wczesnym rankiem 30 listopada 1984 roku dwaj oficerowie Biura Śledczego SB, pułkownik Stanisław Trafalski i major Wiesław Piątek, wyruszyli z Krakowa do Warszawy. Na południu Polski, m.in. w Rzeszowie, badali wątki związane ze sprawą zabójstwa księdza Popiełuszki. Po wykonaniu zadania, jadąc prawidłowo i niespiesznie – jak wykazała późniejsza ekspertyza – zbliżali się do Białobrzegów.

Prawdopodobnie dopiero w ostatniej chwil zauważyli, że drogę zajechała im ciężarówka ze żwirem. Pułkownik Stanisław Trafalski i major Wiesław Piątek nie mieli pola manewru, wraz z kierowcą ponieśli śmierć na miejscu.

Śmierć oficerów Służby Bezpieczeństwa od początku wydawała się tragedią zastanawiającą i niepozbawioną drugiego dna. Wbrew zapewnieniom ówczesnych władz – w oficjalnym komunikacie MSW podano, że na południu Polski oficerowie SB sprawdzali jedynie uboczne okoliczności „sprawy księdza Popiełuszki” – Trafalski i Piątek nie byli przeciętnymi funkcjonariuszami SB. Ci dwaj wysocy oficerowie Biura Śledczego MSW prowadzili śledztwo w sprawie morderstwa księdza Popiełuszki i dysponowali dużą wiedzą o zbrodni.

Czy ich śmierć, równo miesiąc po oficjalnym wydobyciu zwłok księdza Jerzego, mogła mieć związek z prowadzonym śledztwem?

W tamtym czasie, w listopadzie 1984 roku, wydawało się to prawdopodobne. Według nieoficjalnych hipotez oficerowie Biura Śledczego MSW mieli za bardzo zbliżyć się do prawdy i zapłacili za to najwyższą cenę.

W tamtym czasie doszło jednak do wydarzenia, które w zupełnie nowym świetle każe spojrzeć na śmierć pułkownika Trafalskiego i majora Piątka. Wydarzenie to wiąże się z treścią przesłuchań, które w trakcie śledztwa po 19 października 1984 roku prowadzili funkcjonariusze Biura Śledczego MSW. Zarazem wskazuje na perfidną kombinację MSW, kierowanego przez Czesława Kiszczaka.

2 listopada 1984 roku przed funkcjonariuszami Biura Śledczego MSW złożył zeznania mieszkaniec Białegostoku Jan Zaleski. Zeznania tyleż szokujące, co – jak widać dziś – wyjaśniające koncepcję operacji kombinacyjnej polegającej na powiązaniu działań służb specjalnych PRL wobec księdza Jerzego z jego rzekomo istniejącą organizacją kontrrewolucyjną. Według Zaleskiego ksiądz Wacław Lewkowicz, wieloletni przyjaciel jego domu, a zarazem sekretarz Kurii Biskupiej w Białymstoku, miał mu w największym sekrecie opowiedzieć o kulisach zabójstwa księdza Jerzego – kulisach wstrząsających.

„Stwierdził, że sprawa księdza Popiełuszki jest mu dobrze znana. Powiedział, że ksiądz Popiełuszko był kilkakrotnie zatrzymywany i przebywał w areszcie za swoje poglądy polityczne, przekonania antysocjalistyczne. Ksiądz Lewkowicz stwierdził, że uprowadzenie to było od dawna planowane i do jego realizacji, jak się wyraził „przyzwyczailiśmy się”. Zrozumiałem, zwłaszcza po wysłuchaniu dokładnie jego relacji o udziale osób duchownych w uprowadzeniu, że w uprowadzenie księdza Popiełuszki zamieszani byli duchowni katoliccy. W. Lewkowicz powiedział, że celem uprowadzenia było pogłębienie w społeczeństwie nienawiści do władzy poprzez obarczenie jej odpowiedzialnością za uprowadzenie księdza Popiełuszki. Nienawiść ta miała się przerodzić w ogólnokrajowe strajki, zamieszki uliczne, które powinny doprowadzić do obalenia komunistów w Polsce. Właśnie uprowadzenie księdza Popiełuszki miało stanowić bezpośredni pretekst do wybuchu zamieszek, gdyż na przykładzie tego zdarzenia widać, jak w wolnym demokratycznym państwie Służba Bezpieczeństwa postępuje. W. Lewkowicz stwierdził, wymieniając nazwiska trzech funkcjonariuszy SB – kpt. Grzegorz Piotrowski, Waldemar Chmielewski i Leszek Pękala – że byli oni narzędziem kleru w doprowadzeniu do wybuchu zamieszek. Powiedział, że plan uprowadzenia księdza został ustalony przed 6, 7 miesiącami, przy czym w pierwotnej wersji miał to być jakiś inny ksiądz, którego nazwisko wymieniał, ale ja nie zapamiętałem. Nie mówił mi, dlaczego odstąpiono od alternatywnego planu. (…) Księża pozyskali, jak się wyraził, samego Piotrowskiego, co nastąpiło za pośrednictwem jakiegoś kuzyna Piotrowskiego. Piotrowski złożył nawet przysięgę w kościele Św. Jana w Warszawie, że będzie współdziałał z grupą księży w uprowadzeniu Popiełuszki. (…) Według wypowiedzi Lewkowicza grupa księży, których nie wymieniał z nazwiska, posiadała legitymacje Służby Bezpieczeństwa. Posługując się tymi legitymacjami, za pośrednictwem kuzyna Piotrowskiego, stwarzali u Piotrowskiego wrażenie, że są pracownikami Służby Bezpieczeństwa i dążą do uprowadzenia księdza Popiełuszki w ramach poleceń służbowych. Piotrowski chętnie przystał na kooperację w tym zadaniu i w czasie przygotowań do uprowadzenia otrzymywał znaczne kwoty, pomiędzy 8,5 tysiąca dolarów USA i 1,5 miliona złotych. Dopiero wówczas księża ci ujawnili się wobec Piotrowskiego, że są faktycznymi księżmi i wymusili na nim złożenie przysięgi katolickiej w kościele Św. Jana w Warszawie. Piotrowski złożył tę przysięgę, gdyż obawiał się szantażu ze strony księży, tym bardziej, że obiecali mu oni pomoc w uprowadzeniu księdza Popiełuszki. Lewkowicz stwierdził, że sygnał do niego dali księża, którzy poinformowali Piotrowskiego o trasie przejazdu Popiełuszki, dogodnym miejscu jego porwania, tzn. o jego wyjeździe do Bydgoszczy” – zeznał Zaleski funkcjonariuszom Biura Śledczego MSW.

Według tego świadka w porwaniu księdza Jerzego miały brać udział trzy grupy porywaczy: rolą grupy Piotrowskiego miało być zatrzymanie samochodu, którym jechał ksiądz Popiełuszko, a następnie przekazanie kapelana „Solidarności” jednej grupie księży – złożonej z duchownych z Białegostoku, Gdańska, Wrocławia i Szczecina – która z kolei, w celu zatarcia śladów, przekazałaby go grupie trzeciej. Ostatnia grupa porywaczy, także złożona z księży, miała doprowadzić do zamordowania księdza Jerzego, co z kolei miało być sygnałem do ogólnopolskich, antypaństwowych wystąpień.

„W. Lewkowicz stwierdził, że pogrzeb Popiełuszki będzie godziną „

>P<. Na moje pytanie, co to znaczy, stwierdził, że ma to swój odpowiednik w godzinie >W< w Powstaniu Warszawskim.

O godzinie >P< miało w Polsce wybuchnąć powstanie przeciwko obecnemu rządowi, i doprowadzić do obalenia obecnego ustroju.

W tym celu podjęto już odpowiednie przygotowania, m.in. poprzez dodatkowe biuletyny w uczelniach, zakładach pracy, nawołujące do podjęcia strajku generalnego. Strajkiem tym mają kierować odpowiedni ludzie stojący na czele, jak się wyraził Lewkowicz, kwadratów i sektorów. W akcje tę włączeni są różni ludzie, m.in. profesorowie z Bydgoszczy, Gdańska i Warszawy” – zeznał przed funkcjonariuszami SB Jan Zaleski, którego wiedza „rosła” z przesłuchania na przesłuchanie, i który – co ciekawe – w trakcie drugiego dnia zeznań „przypomniał” sobie nawet nazwiska pięciu duchownych uczestniczących w antypaństwowym spisku.

Reasumując – ksiądz Jerzy Popiełuszko miał zostać uprowadzony i zamordowany z inspiracji grupy księży wchodzących w skład prężnej organizacji kontrrewolucyjnej. Celem tej grupy było obalenie komunizmu w Polsce; drogą do osiągnięcia celu – wstrząs wywołany zamordowaniem kapelana „Solidarności”. Dla wywołania tego wstrząsu niezbędne było wplątanie w grę nieświadomych podstępu funkcjonariuszy SB – Piotrowskiego oraz jego podwładnych – i to się udało. Innymi słowy – inspiratorami ohydnej zbrodni mieli być duchowni katoliccy, wina Piotrowskiego i jego podwładnych miała polegać jedynie na tym, że dali się opętać przebiegłym księżom i wciągnąć w akcję. Taki wizerunek przebiegu sprawy preparowali prawdziwi pomysłodawcy akcji – decydenci z MSW.

O tym, że zamierzali tak ordynarnie spreparowaną, od początku do końca opartą na kłamstwie, wersję zdarzeń wmówić opinii publicznej, świadczy m.in. wypowiedź Czesława Kiszczaka z 27 października 1984 roku. Tego dnia, podając publicznie nazwiska sprawców zbrodni – Grzegorza Piotrowskiego, Leszka Pękali i Waldemara Chmielewskiego – Kiszczak po raz pierwszy mówił o akcji stanowiącej „świadomą i dobrze przygotowaną prowokację”. Wątek ten uszczegółowił dwa dni później:

„Uderzające są, jak wynika z dotychczasowego przebiegu śledztwa, rozmyślne działania sprawców, obliczone na to, aby możliwie szybko naprowadzić śledztwo na przypuszczenie, że sprawcami porwania byli funkcjonariusze resortu spraw wewnętrznych. Celowo na przykład pozostawili na miejscu porwania milicyjnego orzełka, posługiwali się nielegalnie użytym sprzętem służbowym Milicji Obywatelskiej. Każe to dopatrywać się w ich działaniu świadomej i dobrze przygotowanej prowokacji. Jej organizator zeznał, że planował ja od dłuższego czasu. Badane są obecnie jego osobiste powiązania”.

W tym samym czasie podobny ton pojawił się w jednym z dokumentów aktywistów PZPR.

„Wśród aktywu występuje pogląd, że uprowadzenie ks. Popiełuszki stanowi prowokację ze strony ekstremy podziemia byłej „Solidarności”, która pragnie raz jeszcze doprowadzić do zakłóceń stabilizacji w kraju. Mówi się też, że w prowokację tę może być zamieszany kler usiłujący zrobić z Popiełuszki męczennika”.

Wynikający z wypowiedzi Kiszczaka kurs obrany przez władze oraz wystąpienia aktywistów wskazują, na co liczyli inspiratorzy karkołomnej, perfidnej intrygi.

Celem tej kombinacji operacyjnej, zaplanowanej przez inspiratorów zbrodni na księdzu Jerzym, mogło być tylko jednoczesne pozbycie się niewygodnego księdza i obarczenie odpowiedzialnością za jego śmierć opozycji oraz duchowieństwa.

Jaką reakcję służb bezpieczeństwa musiałoby wywołać takie działanie organizacji kontrrewolucyjnej o ogólnokrajowym zasięgu, wie każdy student historii i prawa. „Udowadniając”, że za tak cynicznym i instrumentalnym zabójstwem kapelana „Solidarności” stały kler i „Solidarność”, władze musiałyby doprowadzić do frontalnej rozprawy z opozycją.

W celu uzyskania takiego pretekstu, na długo przed zbrodnią przygotowana została cała „infrastruktura”. Z informacji, które w 2003 roku uzyskali prokuratorzy IPN, wynika m.in., że jeszcze przed 19 października 1984 roku Departament IV MSW prowadził sprawę rozpracowania operacyjnego, które „było przygotowaniem drogi wyjścia ze sprawstwem w odniesieniu do zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki”. Tropy miały prowadzić do NSZZ „Solidarność”. W tym samym czasie funkcjonujący w środowisku działaczy podziemia prowokator SB, oficjalnie działacz „Solidarności” z Gdańska, opowiadał w „zaufanych kręgach”, że przygotowuje zbrojny zamach na księdza Popiełuszkę.

Sześć dni przed uprowadzeniem księdza Jerzego Krzysztof Wyszkowski, były doradca premiera Jana Krzysztofa Bieleckiego, odnotował zastanawiający fakt.

„Widziałem ekipę Piotrowskiego pod kościołem Św. Brygidy. Zdziwiło mnie, że SB posługuje się tak marnym samochodem, bo odróżniał się negatywnie od zaparkowanych obok aut gdańskiej SB i miał rejestrację warszawską. Myślałem, że to jakiś dobry człowiek przyjechał swoim gruchotem, by powitać księdza i nie zdaje sobie sprawy, że stoi na stałym miejscu obserwacyjnym SB (obawiałem się, że go zaraz dopadną i skrzywdzą, choć dziwiłem się, że w ogóle tam zdołał dotrzeć). Podszedłem do nich na odległość 2 – 3 metrów i spojrzałem im w twarz, ale okazało się, że auto jest pełne ludzi, którzy nigdzie się nie wybierali i nie wyglądali sympatycznie”.

Kilka lat później jeden z funkcjonariuszy SB, szef ekipy obserwacyjnej, który przez całe lata śledził m.in. Lecha Wałęsę (odszedł z SB w 1988 roku i wrócił do UOP w Gdańsku w 1990 roku) powiedział Wyszkowskiemu, że wylegitymował wówczas Piotrowskiego i okazało się, że w samochodzie byli „koledzy z resortu”. „Ten marny samochód, kije z płotu, kamienie z okolic bunkra w Kazuniu, seryjny magnetofon, >orzełek<, który nigdy nie był przyczepiony do czapki itp. miały uprawdopodobnić >amatorskie<, czyli solidarnościowe sprawstwo porwania” – zeznał Wyszkowski prokuratorom IPN.

Do czego innego, niż „amatorskiego, czyli solidarnościowego” sprawstwa porwania” nawiązywało pozostawienie wyraźnych śladów na samochodzie i w pobliżu jego postoju? Jak relacjonuje dziś Barbara Klimiuk, ekspert w zakresie badań daktyloskopijnych MO, która badała ślady zostawione przez porywaczy, z podobną amatorszczyzną nie zetknęła się nigdy wcześniej ani nigdy później w trakcie kilkunastoletniej służby.

Innymi słowy – amatorskie zachowanie porywaczy i podrzucenie orzełka na jednym z miejsc postoju miało stanowić potwierdzenie, że uprowadzenie wiąże się z nieprofesjonalną próbą wmanewrowania resortu MSW w sprawę i skierowania gniewu społeczeństwa przeciwko prawowitej władzy. W tej sytuacji konkluzja musiała nasuwać się sama: pomysłodawców uprowadzenia i zamordowania księdza Jerzego należy szukać w kręgach opozycji.

Dlaczego inspiratorzy zbrodni zatrzymali się w połowie drogi morderczego planu, którego celem (jak wynika nie tylko z dokumentów IPN, ale także z daleko posuniętych propozycji wzmożenia ataków na Kościół, formułowanych dla Biura Politycznego KC PZPR bezpośrednio przez generała Kiszczaka) miała być bezpardonowa rozprawa z Kościołem i opozycją? Co w listopadzie 1984 roku spowodowało, że zaniechano dokończenia tak zaawansowanego w realizacji planu, czyli uderzenia w rzekomo działającą w łonie Kościoła organizację kontrrewolucyjną, jakoby odpowiedzialną za zamordowanie księdza Jerzego? Dlaczego przyjęto inne rozwiązania?

(Z całą pewnością przeszkody w dokończeniu operacji nie stanowił fakt, że przesłuchany w związku z zeznaniami Jana Zaleskiego ksiądz Wacław Lewkowicz z białostockiej Kurii Arcybiskupiej zaprzeczył, by kiedykolwiek miał styczność ze swoim oskarżycielem).

Czy odpowiedzią są słowa wypowiedziane przez wicepremiera Mieczysława Rakowskiego podczas posiedzenia Biura Politycznego KC PZPR 27 listopada 1984 roku, w obecności generałów Kiszczaka i Jaruzelskiego?

„Analizując zachowanie się tych sił antysocjalistycznych czy też opozycjonistów po zabójstwie Popiełuszki widać, że oni wykorzystują to nie tylko dla zaznaczenia swojej obecności w kraju i w polityce, ale że lansują tą tezę, że właśnie nastał czas na to, byśmy zasiedli do wspólnego stołu teraz z tymi, którzy są ich zdaniem przez nas odsuwani… lansują ją ludzie tego typu co Geremek i Mazowiecki”.

(Wypowiedź ta figuruje w stenogramie opatrzonym sygnaturą V/246, do którego prokuratorzy IPN dotarli w sierpniu 2001 roku).

Czy sugestia Rakowskiego dotycząca wspólnego stołu mogła mieć wpływ na fakt, że  zamiast totalnej rozprawy z opozycją, przyjęto inne rozwiązania?

Kiedy i w jakim gremium podjęto decyzję o spuszczeniu zasłony milczenia na wydarzenia związane ze śmiercią księdza Jerzego?

Czy cokolwiek z ową zasłoną milczenia miały (jak w rozmowie z prokuratorem Witkowskim sugerował m.in. Lech Kaczyński) rozmowy w Magdalence, czy też decyzję podjęto w innych okolicznościach i czasie?

Na podstawie istniejących dokumentów nie sposób tego jednoznacznie ocenić.

Definitywne odpowiedzi przyniesie zapewne czas. Jednak już dziś z dokumentów i relacji świadków wynika, że przez piętnaście lat istnienia III RP potężne i tajemnicze siły dokładały starań, by prawda o tej zbrodni nie ujrzała światła dziennego.

Fakty świadczą o tym, że jesienią 1984 roku scenariusz dalszego przebiegu morderczego planu, którego ofiarą padł kapelan „Solidarności”, był przygotowany w najdrobniejszych szczegółach, ale z nie do końca jasnych przyczyn został zahamowany. To jedno jest pewne. I może jeszcze to, że osoby, które na temat tego planu wiedziały najwięcej, nigdy już nie odpowiedzą na pytania dotyczące jego szczegółów. Prowadzący sprawę rzekomej tajemniczej „organizacji kontrrewolucyjnej” w łonie Kościoła, przesłuchujący księdza Wacława Lewkowicza funkcjonariusze Biura Śledczego MSW zginęli 30 listopada 1984 roku na drodze z Krakowa do Warszawy. Byli to pułkownik Stanisław Trafalski i major Wiesław Piątek…”

(źródło: książka Wojciecha Sumlińskiego pt. „KTO NAPRAWDĘ GO ZABIŁ?”)

Autor książki, w jednym z wywiadów podkreślał i apelował, by prawda o śmierci ks. Jerzego Popiełuszki nigdy nie przegrała z wersją „oficjalną” tej zbrodni. Jeśli jest ktoś zainteresowany publikacjami autora, proszę o kontakt ze mną.

Zbigniew Pstrągowski

Nie masz uprawnien do przeglądania i dodawania komentarzy