Archiwum

Do poczytania pooglądania i posłuchania.

Złodziej kryska, 17 lutego, 2013 – 15:05 defraudacja fundacja Jakub Śpiewak Kidprotect.pl kradzież Kraj kręcił lody na ofiarach pedofilii.

Wczorajsza moja notka

http://niepoprawni.pl/blog/425/spowiedź-złodzieja nie wzbudziła jakoś zaciekawienia i nie wywołała dyskusji, a dotyczyła przestępstwa człowieka uchodzącego za obrońcę dzieci, obrońcę ofiar pedofilii. Jedna z najsłynniejszych fundacji walczących w Polsce z pedofilią przestała istnieć. Fundacja Kidprotect.pl, której założycielem i prezesem jest Jakub Śpiewak powstała 11 lat temu. Zajmować się miała zwalczaniem pedofilii, dbaniem o bezpieczeństwo dzieci w internecie i walką z pornografią. Jej konto na poczet długów zajął ZUS. Zresztą i tak nic już na nim nie ma. Z Fundacją o zaległe pieniądze i świadczenia w sądzie pracy walczą byli pracownicy, a śledztwo w sprawie Fundacji od listopada prowadzi prokuratura. Jakub Śpiewak, jak sie okazało zajmował się okradaniem fundacji, by żyło mu się lepiej. Ikona salonu, bożyszcze portalu lisowego okazało się zwyczajnym, nędznym złodziejaszkiem. Śpiewak mówi w swojej „spowiedzio” u Lisa że problemy biorą się z jego niefrasobliwości, że on to naprawi, a na razie wycofuje się z zycia publicznego. Jakub Śpiewak prezes Fundacji Kidprotect.pl – Umiem robić różne rzeczy (…), ale nie umiałem być szefem fundacji gdy ta się rozrosła. Nie umiem zarządzać ludźmi, nie umiem sprawnie pozyskiwać środków na działalność. Przede wszystkim jednak okazuje się, że jestem bałaganiarzem, człowiekiem niefrasobliwym. Tyle że stałem się w jakimś stopniu osobą publiczną, a osobie publicznej wolno mniej.- Jakub Śpiewak prezes Fundacji Kidprotect.pl – Myślę, że kierowało mną niemądre myślenie „jakoś to będzie”, „papiery nie są najważniejsze”. Myślę, że, gdy po latach naprawdę chudych, kiedy jako nałogowcowi zdarzało mi się zbierać niedopałki na ulicy, przyszedł czas lepszy, w jakimś stopniu zachłysnąłem się tym. A ponieważ nie przeszkadzało to długo w działalności, to żyłem w przekonaniu, że nic złego się nie dzieje.- Śpiewak przyznaje, że źle gospodarował finansami Kidprotect.pl. Nie pilnował rachunkowości, zapłacił za urlop z karty służbowej i zamiast wypłacać pieniądze z tytułu podpisywanych umów, płacił z konta fundacji. Tym tekstem przepraszam tych, których zawiodłem. Ale też wiem, że przeprosiny nie zwalniają mnie od obowiązku naprawienia szkód. Mam nadzieję, że mi się to uda.- oznajmia na portalu parówkowym zwykły złodziej, salonowy i politycznie poprawny.

http://natemat.pl/50881,wyznaje-i-przepraszam-jakub-spiewak-prezes-funda…

Postawą złodzieja zauroczył sie Czapiński, profesor i socjolog. Prof. Czapiński: Zawsze jest zapotrzebowanie na szlachetność – napisał.

http://natemat.pl/50931,fala-wsparcia-dla-jakuba-spiewaka-prof-czapinski…

Profesorowi wtórowała klaka komentujących obrońców złodzieja. Śpiewak to nie tylko złodziej, ale i kłamca, bo fakty wyglądają inaczej. “Wprost” publikuje szokujące informacje na temat jej finansów. Okazuje się, że prezes Kidprotect.pl, Jakub Śpiewak z pieniędzy fundacji opłacał sobie wakacje, markowe ubrania i biżuterię. Tygodnik dotarł do wyciągów z kont bankowych fundacji za 2011 rok. Na koncie znajdowały się tylko pieniądze fundacji uzyskane od prywatnych sponsorów i instytucji państwowych. Jedyną kartę płatniczą do konta posiadał Jakub Śpiewak. Na co wydawał pieniądze przeznaczone m.in. na pomoc dzieciom i kampanie przeciwko pedofilii? Na wyciągu z konta znalazło się kilkadziesiąt płatności w sklepach z markową odzieżą. Jednorazowo Jakub Śpiewak potrafił tam zostawić ponad 2000 zł! W sumie, w samych tylko sklepach z odzieżą, w ciągu roku wydał prawie 30 tysięcy złotych. U jubilera zostawił 685 złotych, w perfumeriach i sklepie z zegarkami – prawie 6 tysięcy, a w aptekach i księgarniach – prawie 4 tysiące złotych. Na wyciągu można również znaleźć przelew na konto biura turystycznego na prawie 6 tysięcy zł – to oplata za wakacje Śpiewaka i jego narzeczonej w Turcji. Pieniądze wypłacano też z bankomatów. W sumie aż 170 tysięcy złotych. Pracownicy Fundacji, którzy chcą zachować anonimowość, mówią, że nie wiadomo co się z nimi stało, bo wszystkie zobowiązania były płacone za pomocą przelewów bankowych. Śpiewak tłumaczy, że pieniądze przekazywał pracownikom prowadzącym szkolenia w całym kraju na opłacenie delegacji, podróży i hoteli. Mówi, że gotówką płacono także za taksówki. Ale kwota jest porażająco wysoka i trudno byłoby ją spożytkować tylko na ten cel. W piątek rano na swojej stronie internetowej Śpiewak opublikował pierwszy a potem kolejny list, w których przeprasza, wyznaje winy i znowu tłumaczy je niefrasobliwością. – Płacenie, i to wielokrotne, służbową kartą za prywatne wydatki, niezależnie od moich motywów, obiektywnie rzecz ujmując było po prostu okradaniem fundacji, którą sam założyłem. I nic mnie tu nie może usprawiedliwiać, a “coming out” nie przekreśla winy i odpowiedzialności. Zestawienie płatności za urlop, nawet jeśli był to urlop pierwszy od 20 lat, z niezapłaconymi pensjami nie przynosi mi chluby i wyklucza “bohaterstwo” – czytamy w liście.

http://www.wprost.pl/ar/388555/Skandal-w-fundacji-pomocy-dzieciom/

http://wiadomosci.dziennik.pl/wydarzenia/artykuly/419592,skandal-w-funda…

Śpiewak zapowiedział, że wycofuje się z życia publicznego. Nie będę przyjmował zaproszeń od telewizji, rozgłośni radiowych ani udzielał wypowiedzi dla prasy. Nie oszukujmy się, bycie medialnym ekspertem przyjemnie łechce próżność – pisze.

Połechtało Śpiewaka, połechtało hasło jego wybrańca ” by żyło się lepiej”. Złodziej po prostu wprowadzał hasło „by żyło się lepiej” w swoje złodziejskie zycie. A czyim kosztem? kosztem ofiar pedofilii. I to jest SKURWYSYŃSTWO tego lewackiego gnojka „rzygającego Smoleńskiem” i skarżącego się że „wSieci” odbiera mu „prawo do czucia się Polakiem”.

http://jakubspiewak.natemat.pl/37851,rzygam-smolenskiem

http://wpolityce.pl/dzienniki/dziennik-marzeny-nykiel/42216-niedawno-jsp…

Podatkowy cios w rodziny

Przemysław Wojtasik, Bartosz Marczuk Rodzinom w niektórych miastach w ramach karty dużej rodziny,przysługują, np. zniżki na basen źródło: rzepa Marczuk: Rok rodziny czy żarłocznego fiskusa Jak wykorzystać ulgę prorodzinną Czwarte dziecko da największą ulgę Ważne zniżki od miast Ulga na dzieci tylko dla najbogatszych Skarbówka żąda podatku od rodzin wielodzietnych, które korzystają z gminnych kart uprawniających do zniżek Niższa cena biletu na basen, ulga na kino i teatr, darmowe wejście do zoo – tak samorządy wspierają rodziny wielodzietne. Fiskus może jednak podciąć skrzydła całej raczkującej dopiero akcji. Z najnowszej interpretacji Izby Skarbowej w Warszawie, do której dotarła „Rz”, wynika, że osoby mające zniżki uzyskują korzyść majątkową, którą trzeba opodatkować. Rodziny muszą zatem zapłacić podatek od uzyskanych od gminy bonusów. O wyjaśnienie wątpliwości podatkowych wystąpił Ośrodek Pomocy Społecznej w podwarszawskich Łomiankach. Jest koordynatorem programu skierowanego do zamieszkujących na terenie gminy wielodzietnych rodzin. Mają one prawo do zniżek (30 albo 50 proc.) m.in. na pływalnię i opłaty w przedszkolach. – To ich podatkowy przychód – uważa stołeczna skarbówka. Ośrodek Pomocy Społecznej musi obliczyć jego wartość i wykazać w przesyłanej do urzędu informacji PIT-8C. – Kartę dużej rodziny, czyli system zniżek i ulg, wprowadziło już ponad 50 samorządów – mówi „Rz” Joanna Kru­pska, prezes Związku Dużych Rodzin 3+. – Program daje korzyści gminie, która buduje pozytywny wizerunek i zachęca do osiedlania się na jej terenie. Ale głównie ma wzmocnić instytucję rodziny i pokazać, że może ona liczyć na pomoc państwa – tłumaczy. Jej zdaniem stanowisko fiskusa jest kuriozalne i spowoduje, że cały program straci sens. 50 gmin wprowadziło już Kartę dużej rodziny. W Polsce w rodzinach wielodzietnych żyje 3 mln dzieci Podobnie wypowiadają się samorządowcy. – Gdyby trzeba było opodatkować uczestników programu, musiałbym go zawiesić – mówi Grzegorz Benedykciński, burmistrz Grodziska Mazowieckiego. – Nie wyobrażam sobie wystawiania PIT osobom korzystającym ze zniżek. Wymagałoby to sprawdzania, czy były np. na basenie, a do wyliczania ich przychodów musiałbym zaangażować wszystkich urzędników – dodaje Piotr Michał Uściński, starosta Wołomina. Twierdzi, że kwestia opodatkowania bonusów dla takich rodzin powinna być wyraźnie rozwiązana w ustawie, by samorządowcy nie mieli wątpliwości, co robić. Anna Wojda: Fiskus chce pieniędzy od rodzin wielodzietnych Przyjrzenie się sprawie zapowiada Władysław Kosiniak-Kamysz, minister pracy i polityki społecznej. – Jeśli rzeczywiście rodzinom wielodzietnym grozi podatek za korzystanie z Karty dużej rodziny, będę rozmawiał z Ministerstwem Finansów o zmianie przepisów – zapewnia. Stanisław Kluza, demograf z SGH, były minister finansów, zachęca rząd do zdecydowanych działań. Uważa, że ta interpretacja powinna się spotkać z szybką reakcją ministra finansów Jacka Rostowskiego, a nawet premiera Donalda Tuska. Podkreśla, że stanowisko fiskusa jest niezrozumiałe, bo na podobnych zasadach można by wystawiać PIT przy promocjach w supermarketach.  Przeczytaj więcej o: gminne karty uprawniające do żniżek, rodziny wielodzietne Rzeczpospolita © Wszystkie prawa zastrzeżone Rekomenduj artykuł, oddano głosów: 6 Wydrukuj z Kyocerą© Licencja na publikacjęNapisz do redakcji

Czarnoskóry Polak pokazał białym Polakom, co to znaczy godność i honor.

Kto jest największym w Sejmie obrońcą rodziny, wiary i tradycji? Tak, zgadli Państwo – Nigeryjczyk z pochodzenia, Polak z wyboru – John Godson. Nie boi się mówić tego, czego większość Polaków, jak widać, się wstydzi: że homoseksualizm, tak rzekomo postępowy i nowoczesny styl życia, to grzech i na domiar złego (dobrego?) nie wstydzi się tego, co powiedział. Otrzymuje za to majle od pederastów i ich obrońców: „spie… na drzewo do Afryki. Tymczasem to raczej miejsce dla tych „postępowców”, śmierdzących rasizmem na kilometr. John Godson się nie boi tych napaści i ryzykuje polityczną karierę. Post scriptum: nietolerancja lewicy, jej totalitarne marzenie o stworzeniu Nowego Człowieka (za drugim podejściem), napotkało trudnego przeciwnika. Polska powinna być dumna z rodaka z wyboru. Jan Bogotko

Amsterdam wprowadza szokujące prawo. Każdy uznany za szykanującego homoseksualistów… trafi do specjalnego getta z kontenerów!

Jak informuje portal dziennika „Fakt”, władze Amsterdamu wprowadzają szokujące prawo. Na jego mocy każdy, kto zostanie uznany za szykanującego homoseksualistów będzie musiał wynieść się z miasta i osiedlić w specjalnie przygotowanym do tego rejonie aglomeracji. Włodarze dla takich osób przygotowali specjale getta zbudowane z kontenerów. Amsterdam chce walczyć w ten sposób z dyskryminowaniem mniejszości seksualnych. Jednak pomysł jest raczej terroryzowaniem większości seksualnej. Represjom będzie bowiem poddawany każdy, kto uprzykrza życie homoseksualistom, stosuje wobec nich mobbing, tyranizuje ich, obraża. Ukarana może zostać pojedyncza osoba lub cała rodzina. Rodziny mają być przesiedlane również wtedy, gdy dzieci wykazują się „złym” stosunkiem do pederastii – czytamy na Fakt.pl. Każdy ukarany będzie musiał opuścić dotychczasowe miejsce zamieszkania, nawet jeśli jest jego właścicielem. Tahira Limon z biura burmistrza Amsterdamu Eberharda van der Laana w rozmowie przytaczanej przez dziennik „Fakt” wyjaśnia, że ukarany „nie będzie mógł powrócić do swojego mieszkania”. Zakaz powrotu będzie stosowany minimum przez pół roku. To jednak nie koniec szokujących pomysłów władz miasta. Decyzja o ukaraniu ma bowiem zapadać nie na drodze sądowej, ale w ramach przepisów administracyjnych. To urzędnicy będą decydowali kogo zesłać. W czasie pobytu w getcie karani obywatele mają przechodzić szkolenia propagandowe prowadzone przez pracowników miasta. Decyzja z Holandii to kolejny krok na drodze zniewalania normalności seksualnej przez aktywistów homoseksualnych. Po chorej polityce poprawności, która nakazuje piętnowanie mówienia prawdy o pederastii, przychodzi na Zachodzie czas pozbywania się tych normalnych. Warto pamiętać o tym, co dzieje się w Holandii, gdy na naszym polskim podwórku homoseksualni aktywiści walczą o tolerancję. Ta ich tolerancja jest totalitarna… Szczerze mówiąc, mamy nadzieję, że to jakieś horrendalne nieporozumienie albo bardzo kiepski żart. KL, Fakt.pl

Enea -afera większa od Amber Gold

Na korytarzach sejmowych i w mediach aż huczy, że dymisja szefa agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego może być związana „z aferą większą niż amber gold”, w którą są zamieszani wysocy przedstawiciele władz. W tym kontekście stale powraca nazwa potężnego koncernu energetycznego Enea i jego tajemniczych transakcji z poprzednich trzech lat. Oficjalnie powodem nagłej rezygnacji szefa ABW były różnice zdań między nim a premierem w kwestii reformy służb specjalnych. Nieoficjalnie mówi się, że przyczyną dymisji gen. Krzysztofa Bondaryka mogła być zemsta premiera za rolę, jaką ABW odegrało w aferze Amber Gold. Przyczyną mogła być jednak zupełnie inna afera, którą od wielu miesięcy zajmuje się poznańska prokuratura okręgowa we współpracy z ABW. Chodzi o zarządzanie majątkiem spółki Enea. Spółka jest notowana na giełdzie, a rynek wycenia ją na ponad 7 mld zł. Jest ona jednym z trzech najważniejszych graczy na polskim rynku energetycznym. Ponad 51 akcji należy do skarbu państwa. Enea jest zaangażowana w projekty związane z budową polskiej elektrowni jądrowej oraz wydobyciem gazu łupkowego. Firmą doradczą Enei była od 2010 r. kancelaria prawna CMS Cameron McKenna, w której pracowała prawniczka Dominika Uberman. Związała się ona prywatnie z prezesem Enei Maciejem Owczarkiem, a latem ub.r. została jego żoną. Według doniesień medialnych w czasie romansu kancelaria prawna, w której pracowała, dostawała intratne zlecenia od Enei. Potem zlecenia zaczęła dostawać nawet sama prawniczka. Sprawa nabrała rozgłosu, bo włączyły się w nią związki zawodowe firmy, które są w ostrym konflikcie z zarządem. Według „Dziennika Gazety Prawnej” prezes firmy Maciej Owczarek zarabiał wówczas 80 tys. zł miesięcznie plus drugie tyle premii. Według ustawy kominowej szef państwowej spółki może zarabiać ok. 20 tys. zł miesięcznie. W kwietniu 2012 r. wpłynęło do poznańskiej prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa prezesa firmy. Kontrakty Enei zaczęła badać ABW.Doniesienie ws. Enei trafiło także do Najwyższej Izby Kontroli. Zbigniew Matwiej, kierownik wydziału prasowego NIK‑u, powiedział „Codziennej”: „NIK na bieżąco interesuje się tym, co dzieje się w spółce Enea i zapewne nasi kontrolerzy zajmą się działalnością tej spółki”. We wrześniu 2012 r. Enea podpisała gigantyczny kontrakt na budowę nowego bloku energetycznego w Kozienicach. Zaraz potem prezes Maciej Owczarek nagle podał się do dymisji. Miesiąc później Dominikę Uberman znaleziono martwą. O sprawie nie chcą mówić związkowcy, który toczyli z byłym prezesem wojnę i stawiali mu długą listę zarzutów. Piotr Adamski, przewodniczący Solidarności w Enei, powiedział „Codziennej”, że on podobnie jak wszystkie inne osoby, które zeznawały w tej sprawie, zobowiązał się do zachowania tajemnicy w sprawach objętych postępowaniem. Wczoraj „Rzeczpospolita”, powołując się na swoich informatorów w ABW, podała, że za sprawą dymisji szefa Agencji mogą się kryć dwie sprawy, w których przewijają się nazwiska ludzi władzy. Chodzi o podejrzenie nieprawidłowości w Enei przy przetargu na budowę Informatycznego Systemu Obsługi Klientów i przy instalacji inteligentnych liczników prądu. Według informatorów tego zbliżonego do rządu dziennika „spekuluje się o jeszcze jednej grubej sprawie, w którą są zamieszane osoby z Platformy, a której ponoć ABW nie chciała ukręcić głowy”. Autor: Tadeusz Święchowicz Żródło: Gazeta Polska Codziennie

Wolne Media

Protest rolników grudzień 2012Tutaj znajdziecie list rolników do szczecinian :

Rachunki za prąd idą w górę

wp.pl / Rzeczpospolita | 11.12.2012 | 10:56

Rachunki za prąd idą w górę (fot. Thinkstockphotos)

RWE Polska podwyższa ceny prądu od 1 stycznia 2013 roku. Rachunki za prąd wzrosną średnio o 2,1 proc. Podwyżka odbywa się jednak bez zatwierdzenia taryf przez Urząd Regulacji Energetyki. Spór między firmą a regulatorem trwa – pisze „Rzeczpospolita”.

Firma energetyczna argumentuje, że działa na konkurencyjnym rynku i nie musi konsultować taryf z regulatorem. Spółka twierdzi, że jako zajmująca się jedynie obrotem energią elektryczną jest skutecznie zwolniona z obowiązku przedkładania taryf do zatwierdzenia od 1 lipca 2007 roku.URE jest innego zdania. Wezwała spółkę do złożenia wniosku taryfowego na 2013 rok.

03-12- 2012r TVP wyemitowała „Historię Kowalskich” w reż. Pawlickiego i Gołębiewskiego. Kto przegapił, całość filmu może zobaczyć tutaj!

Redaktora Cezarego Gmyza zapytałem o wspomnienia z 10.04.2010 i co o Tragedii myśli dzisiaj, dlaczego nie ma relacji z odlotu delegacji, czy rozmawiał z dziennikarzami którzy byli w Smoleńsku po katastrofie i co ich tam uderzyło, o odczucia na temat działania prokuratury, kulisy powstania artykułu o śladach materiałów wybuchowych i konferencję prokuratorów, wykrycie śladów na drugim Tupolewie, jak tłumaczy milczenie NATO ws. Smoleńska i czy dziennikarze zachodni interesują się tą sprawą, czy istnieją zdjęcia dokumentujące to co stało się w Smoleńsku, plany odnośnie pracy, sytuację w Rzeczpospolitej i u Urze, czy zgadza się z opiniami, że zostal wykorzystany do zaplanowanej prowokacji, samobójstwa wkoło Smoleńska i czy nie obawia się o siebie, oraz poprosiłem o refleksje ws. wyciszania afery hazardowej i trotylowej

Ziemkiewicz czyta obszerne fragmenty pozwu sądowego Michnika. „Dzieła wielkie nie powinny się marnować” :-)

Michnik kontra Ziemkiewicz. Pozew za mówienie o pozwach. Monty Python?

Leszek Żebrowski o „Pokłosiu” w Fundacji Republikańskiej

Oświadczenie Kongresu Mediów Niezależnych 29 listopada 2012 Kongres Mediów Niezależnych stwierdza, że działania pana Grzegorza Hajdarowicza, właściciela „Presspubliki”, to kolejny krok w obranym przez władzę kierunku ograniczania wolności słowa oraz pluralizmu w dyskursie publicznym. Mamy nadzieję, że czystki przeprowadzone przez pana Hajdarowicza w tygodniku „Uważam Rze” i „Rzeczpospolitej” spotkają się z właściwą reakcją ze strony Czytelników. Warszawa, 29 listopada 2012r. Krzysztof Czabański, przewodniczący Kongresu Mediów Niezależnych Prezydium Kongresu Mediów Niezależnych I to by było na tyle jeżeli chodzi o niezależność prasy w Polsce

Oświadczenie Krzysztofa Wyszkowskiego

Szanowni Państwo, W związku z opublikowaniem w dniu dzisiejszym w stacji TVN rzekomych przeprosin Krzysztofa Wyszkowskiego za nazwanie Lecha Wałęsy tajnym współpracownikiem o ps. „Bolek” przekazuje poniższe oświadczenie przebywającego wciąż w szpitalu Krzysztofa. W jego imieniu raz jeszcze – a może szczególnie właśnie dzisiaj – dziękuję za modlitwy oraz każdy gest wsparcia i otuchy. Krzysztof mimo cierpienia i choroby będzie zawsze bronił Prawdy i sprawy polskiej. Sławomir Cenckiewicz Oświadczenie Krzysztofa Wyszkowskiego W dniu 19 listopada 2012 r. po „Faktach” TVN zamieszczono komunikat, w którym Lech Wałęsa sam siebie – w moim imieniu – przeprasza za nazwanie go przeze mnie tajnym współpracownikiem o ps. „Bolek”. Taką możliwość dał mu absurdalny wyrok Sądu Apelacyjnego w Gdańsku z marca 2011 r., który wbrew faktom historycznym orzekł, że „nie było i nie ma” „sprawdzonych i pewnych dowodów” agenturalności Wałęsy. W związku z nieprawdziwymi informacjami jakobym „wbrew wcześniejszym zapowiedziom, wykonał wyrok sądu i przeprosił b. prezydenta Lecha Wałęsę za zarzucenie mu współpracy z SB” (depesza PAP z godz. 21.18 z 19 listopada br.) oświadczam z całą odpowiedzialnością, że podtrzymuję swoje słowa, które stały się podstawą wytaczanych mi przez Lecha Wałęsę procesów. Nie przeprosiłem i nie przeproszę Wałęsy za moje słowa prawdy. Nawet najbardziej bezprawne wyroki i najgłośniej propagowane przez telewizje i inne media „przeprosiny” nie zagłuszą prawdy o agenturalności Lecha Wałęsy, którą wybitni przedstawiciele opinii publicznej streścili w oświadczeniu z 23 maja 2012 r.: „1. Lech Wałęsa był w latach 70. (rejestracja czynna obejmuje okres 1970-1976) tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa o ps. „Bolek”; 2. Donosił na kolegów i brał za to pieniądze; 3. W okresie urzędowania Lecha Wałęsy jako Prezydenta RP, wypożyczył on podstawowe dokumenty dotyczące swojej osoby, z których najważniejsze zaginęły i nigdy nie zostały zwrócone do archiwum”. Krzysztof Wyszkowski Gdańsk, 19 listopada 2012 r.

Szczecin na Marszu 11 listopada w Warszawie

Kibole na Marszu 11 listopada

Marsz Niepodległości.

Justyna Drozdecka

Dziesiątki tysięcy ludzi, setki flag, chorągwi i transparentów; patriotyczne pieśni i hasła… A, żeby nie było tak pięknie, jak planowali organizatorzy – starcia i zamieszki. Kto je wywołał? Czy policja faktycznie prowokowała?

Uczestnicy Marszu Niepodległości zjechali z całej Polski, a także zagranicy. Od początku, organizatorzy zapowiadali, że ich impreza będzie miała charakter pokojowy, a celem przemarszu będzie oddanie hołdu bohaterom niepodległej Polski. Według służb porządkowych, Marsz Niepodległości był wydarzeniem o podwyższonym ryzyku – bez względu na zapewnienia przedstawicieli Stowarzyszenia Marsz Niepodległości. Od samego rana, służby porządkowe kontrolowały autokary i busy, wiozące uczestników marszu do stolicy. Ten fakt był jednym z powodów opóźnienia wymarszu – „Niektóre busy nie dojechały na czas, były kontrolowane na trasie kilkakrotnie” – mówi jeden z członków Stowarzyszenia Niepodległości. Kontrole nie dały jednak „spektakularnych” efektów – w zdecydowanej większości, ekwipunek uczestników ograniczał się do flag, chorągwi, transparentów i symboli organizacji i ugrupowań, z którymi się identyfikują. Organizatorzy Marszu Niepodległości nie chcieli spotkać się z żadną inną demonstracją – również dlatego opóźnili start pochodu. Gdy zakończył się marsz organizowany przez prezydenta Komorowskiego i wszyscy zapowiadający się uczestnicy dotarli na miejsce, dziesiątki tysięcy ludzi zgromadzonych wokółMarszu Niepodległości ruszyły. W chwilę po rozpoczęciu pochodu, został on zatrzymany. Czoło marszu zostało oddzielone kordonem policji od reszty uczestników. Wznoszące się w powietrze race, leciały w stronę policji. – Co się dzieje? – próbują się dowiedzieć zdezorientowani uczestnicy. Policja każe się cofać – ale jak się cofnąć? Tylu ludzi nie może się po prostu cofnąć! W powietrzu unosi się dym, czuć zapach gazu łzawiącego. Tłum jest coraz bardziej zdenerwowany, ludzie chcą iść dalej. Głos zabiera prezes Stowarzyszenia – prosi, by spokojnie czekać, aż policja zdejmie blokadę marszu. Prosi, by nie dać się sprowokować do zamieszek. Wkrótce uczestnicy zaczynają skandować „policyjna prowokacja”, później ośpiewują Mazurek Dąbrowskiego… I drugi, i trzeci, i czwarty raz. Nareszcie mogą ruszyć. Idą spokojnie, niosą flagi i symbole swoich ugrupowań. Internet zaczynają obiegać zdjęcia i filmy. Coraz częściej, w kierunku policji padają oskarżenia o celowe wywołanie zamieszek. Media usilnie starają się przekonać czytelników, że zamieszki wywołali „kibole”, związani z ultraprawicowymi środowiskami. Użytkownicy forów, biorący udział w marszu, zamieszczają linki do zdjęć i filmów, wykonanych podczas akcji policyjnej. Na nagraniach widać, że zamieszki były przez kogoś kierowane. Internetowe radio zamieszcza video, na którym funkcjonariusz odmawia obywatelowi wylegitymowania chuliganów w oliwkowych kominiarkach. Właściwie w ogóle z nim nie chce rozmawiać. Kolejne nagranie – 10-cio letni chłopiec płacze – podczas zamieszek rozdzielił się z tatą. Skarży się, że policja biła jego i inne dzieci pałkami. Na zamieszczonych w internecie zdjęciach, widać grupę zamaskowanych ludzi, stoją z policją. Później, ci sami ludzie, rzucają w stronę funkcjonariuszy race, kosze na śmieci i kostki brukowe. Na forach wrze. Użytkownicy są przerażeni faktem, że policja działa w ten sposób. Starsi uczestnicy marszu porównują akcję z marszu do zamieszek w latach 80. Niektórzy dodają, że widzieli, jak policjanci wyciągali z radiowozów race. Pojawiają się głosy, że funkcjonariusze odrzucali race w tłum – ucierpiała starsza kobieta. Pisano też, że policjanci stratowali starszego mężczyznę.

Czy policja celowo doprowadziła do zamieszek?

Podczas ubiegłorocznego Marszu Niepodległości również doszło do starć z policją. Funkcjonariusz w „cywilu” skatował niewinnego człowieka. Policja, podobnie jak tym razem, twierdziła, że ten człowiek nie ma ze służbą nic wspólnego. Internauci, zdjęciami i filmami, udowodnili, że mają rację. Na portalu Facebook powstała nawet

grupa, która domagała się ukarania policjanta za jego wybryk. Krewkiego funkcjonariusza udało się doprowadzić przed oblicze sądu. Po trwającym blisko rok procesie uznano, że mężczyzna działał w stresie, a to dało sądowi możliwość odstąpienia od wymierzenia kary. Policjant pracuje w dalszym ciągu. Ciekawe, czy tym razem też „tłumił” chuligaństwo? Po tegorocznym Marszu Niepodległości również pozostał niesmak. Dziesiątki tysięcy uczestników – młodych i starszych, dzieci, kombatantów, żołnierzy, chcących na swój sposób, właśnie Marszem Niepodległości uczcić pamięć o tych, którzy za wolność walczyli – zostało okrzykniętych chuliganami, których jedyną radością podczas Święta Niepodległości, było wywołanie zamieszek.

Ratownicy NSZZ „S” Poznań na Marszu Niepodległości Marsz Niepodległości 2012 r. Jak Policja strzela do demonstrantów. Charakterystyczną cechą baranów jest to, że pędzą za przewodnikiemCharakterystyczną cechą baranów jest to, że pędzą za przewodnikiem. Przewodnika tego nie wybierają sobie same między sobą, jak na przykład wilki albo lwy. Przewodnik w stadzie baranów nie musi być wcale najsilniejszy, najsprytniejszy i nie musi o przewodnictwo walczyć. Przewodnik baranów zostaje wyznaczony. Pewnego dnia do zwyczajnego całkiem barana, ani mniej ani bardziej różniącego się od innych, podchodzi pasterz i wiesza mu na szyi dzwonek na czerwonej wstążce. Baran porusza łbem, dzwonek dzwoni. Jak zadzwoni, wszystkie baranie łby podnoszą się jak na komendę. Kiedy dźwięk dzwonka się oddala barany podążają za nim, wierzą bowiem, że to co głośne i brzęczące musi być dobre. Poza tym dźwięk je uspokaja. Na łące gdzie się pasą są także inne stada, inni przewodnicy i inne dzwonki. Dźwięk wszystkich dzwonków naraz poszerza baranom światopogląd i czyni ich duchowość bogatszą. Z czasem rodzi się baranie znawstwo. Poszczególne osobniki zaczynają wymieniać uwagi na temat dźwięku dzwonka z prawej strony i drobnych wibracji, które różnią go od tego dzwoniącego za lewym uchem. I to jest właśnie debata publiczna. Czasem zdarzy się, że jakiś baran z dzwonkiem zwariuje i zacznie latać po hali jak opętany i beczeć, beczeć, beczeć. I to jest właśnie pan Kukiz. Ja te barany mogłem obserwować w sierpniu, kiedy byłem w Bieszczadach, wtedy też kupiłem sobie rzeszowskie „Nowiny” i przeczytałem tam wywiad z Panem Kukizem. Był to wywiad o patriotyzmie, o JOWA-ach i o tym, że trzeba już skończyć z PO. Ja się do tego tekstu jak i do postawy Pana Kukiza odniosłem bardzo krytycznie. Zrobiłem to zaś dlatego, że sposób promocji swojej nowej płyty, na który się Pan Kukiz zdecydował, wydał mi się wyjątkowo wprost obrzydliwy. Pamiętacie tę reklamę na dworcu Śródmieście w Warszawie? Wielki bilbord z napisem „ZAKAZANE”. Dotyczył ów napis płyty Pana Kukiza właśnie. Dla każdego myślącego człowieka jasne jest, że coś co oznaczone jest nalepką z napisem „Zakazane” nie może być jednocześnie reklamowane na ruchliwym dworcu w centrum miasta. To są sprawy, które się wykluczają. Zakazane nie może być reklamowane, bo jest wtedy oszukane. To proste. Nie dla wszystkich jednak. Kiedy bowiem opublikowałem swój tekst o Panu Kukizie ludzie zaczęli mi zwracać uwagę, że znowu czepiam się „naszych”. A przecież oni chcą dobrze. Chcą podniesienia świadomości patriotycznej, chcą by krzywa patriotyzmu w narodzie rosła, chcą spotęgować nasze wzruszenia odczuwane zawsze kiedy myślimy o Polsce i jej historii. Tylko tego chcą, niczego więcej. Pan Artur Nicpoń napisał mi wtedy wręcz na swoim blogu, że Kukiz jest częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc wieczne czyni dobro. No, nie wiem. Mam wrażenie, że jednak nie. Kukiz nie jest częścią żadnej siły, on tylko lata po łące z dzwonkiem i robi beeeeeee….. Wczoraj okazało się, że jednak miałem rację. Ja się nie upieram bardzo przy tym i nie chcę sobie tu odbierać tej satysfakcji jak kwitu na węgiel w kasie, w dzień wypłaty. Ja się nawet trochę mitygowałem wczoraj kiedy eska zaproponowała mi, bym przypomniał historię Pana Kukiza. Pomyślałem jednak, że warto. Tym bardziej, że dwóch komentatorów napisało pod wczorajszym tekstem uczciwie, że mylili się co do Pana Kukiza. Pan Kukiz odmówił udziału w Marszu Niepodległości ze względu na obecność Jana Kobylańskiego. To jest coś niesamowitego. Jan Kobylański przeszkadza Panu Kukizowi. Ja nawet nie wiedziałem, że on tam będzie. Ludzie, którzy idą w tym marszu, nawet jeśli to wiedzą, nie mają nic przeciwko temu, by maszerować w jednym demonstracji w Janem Kobylańskim. A Kukiz ma. Czemu? To proste. Przyszli do niego i powiedzieli, że odczepią mu dzwonek. I już. Od kilku dni trwa w mediach elektronicznych dyskusja na temat wolności słowa. Dyskusja wywołana postawą Gmyza i decyzją Hajdarowicza. To jest również coś niesamowitego. Barany znów ustalają, który dzwonek brzmi piękniej. Nadziwić się temu nie można. Mamy oto bowiem sytuację kuriozalną, mamy wolne słowo, które dystrybuowane może być przez wyznaczonych dziennikarzy i przez nikogo więcej. Kiedy ktoś zaś próbuje w przestrzeni publicznej umieszczać swoje wypowiedzi i czyni to wbrew dzwonkom i koncesjom, uważany jest za osobę niepoważną w najlepszym razie. Za jakiegoś mąciciela, za defetystę. Ja tu piszę oczywiście o sobie i o moich kolegach, którzy publikują teksty utrzymane w podobnej do mojej konwencji. Tylko bowiem dobrze znany dźwięk dzwonka uspokaja baranią duszę. Nic więcej. Pasterze dobrze o tym wiedzą. Mamy więc to co mamy: pana od liberalizmu, pana od endecji, pana od Kościoła i innych panów, którzy wygłaszają przygotowane wcześniej kwestie, całkowicie nie a propos tego co się na naszej łące dzieje. A dzieje się wiele. Tyle, że baranom jest to obojętne. Musi dzwonić, bez tego ich życie traci sens. Ja się nie chcę więcej znęcać nad Panem Kukizem i jego obrońcami, nie chcę też mówić nic więcej na temat Cezarego Gmyza i Hajdarowicza. Eska bowiem wczoraj zasugerowała, że może się zdarzyć coś, co przerośnie nawet moją wyobraźnię. Może się mianowicie zdarzyć, że Gmyza przyjmą z powrotem do Rzepy i wszystkie dzwonki znowu zaczną brzęczeć w jednej tonacji. Nazwijmy ją tu sobie tonacją niepokorną. Zupełnie tak samo nazywa się nowa książka o Wildsteinie – „Niepokorny”. Zostawmy stado i zwróćmy oczy swe ku Janowi Kobylańskiemu. To jest człowiek tajemniczy i z pewnych punktów widzenia może być określany słowem „dziwny”. Emigrant, który wygrał przetarg na druk znaczków poczty Paragwaju. Za czasów Alfredo Stroessnera, co nie jest jak przypuszczam bez znaczenia. Alfredo Stroessner był człowiekiem trzymającym swój mały kraj na poziomie cywilizacyjnym nieznanym wielu krajom w tamtej części globu. Póki żył i panował w Paragwaju wszystko działało, woda leciała z kranów, promy na Paranie i Rio Paraguay kursowały jak trzeba, pociągi się nie spóźniały. Nie cieszył się Alfredo Stroessner sympatią opinii publicznej świata, bo chodziły pogłoski, że ukrywał zbrodniarzy niemieckich. Jeśli to czynił, nie mógł się ten proceder odbywać bez wiedzy CIA, albowiem tej organizacji był pan Stroessner potrzebny bardzo. Kiedy zaś przestał być potrzebny, okazało się, że ma konkurenta do fotela prezydenckiego, a ten konkurent ma więcej broni. Musiał więc prezydent Alfredo uciekać do Brazylii. Tam się rozchorował, położyli go na stół operacyjny i na tym stole umarł. Jan Kobylański zaś wyjechał z Paragwaju do Urguwaju i tam zajął się jakąś inną działalnością. Nie myślcie sobie, że ja wiem, dlaczego Żydzi nie lubią Kobylańskiego. Pojęcia nie mam. Tak się tylko, na własny użytek zastanawiamiframe src=”http://www.youtube.com/embed/AclyArFrSwk” frameborder=”0″ width=”640″ height=”360″img class=”alignleft size-full wp-image-3628″ title=”IMG_6111″ src=”http://solidarnosc-szczecin-enea.pl/wp-content/uploads/2012/01/IMG_6111.jpg” alt=”" width=”717″ height=”478″ /. Może ma to jakiś związek z CIA? WIŚNIA 07.11.2012 14:22:56 @ Prawdziwa przyczyna nieobecności Kukiza na Marszu Niepodległości: 2012.11.10 – 20:00 » CHICAGO – KONCERT – Copernicus Center, 5216 W.Lawrence, IL, USA. Koncert „Wspomnienie”. Oprócz Ani wystąpią: Piotr Cugowski, Wojtek Cugowski, zespół Bracia, Zbigniew Zamachowski, Paweł Kukiz, Janusz Radek. Informacje, bilety: www.christopherentertainment.com 2012.11.11 – 18:00 » TROY (DETROIT) – KONCERT WSPOMNIENIE – American-Polish Cultural Center, 2975 E. Maple Ave, Mi, USA. Koncert „Wspomnienie”. Oprócz Ani wystąpią: Piotr Cugowski, Wojtek Cugowski, zespół Bracia, Zbigniew Zamachowski, Paweł Kukiz, Janusz Radek. Informacje, bilety: www.christopherentertainment.com 2012.11.13 » PREMIERA PŁYTY „ŻYCIE JEST W PORZĄDKU” 2012.11.17 – 20:00 » NEW YORK – KONCERT WSPOMNIENIE – Hunter College Auditorium, 695 Park Ave, Manhattan, NY, USA. Koncert „Wspomnienie”. Oprócz Ani wystąpią: Piotr Cugowski, Wojtek Cugowski, zespół Bracia, Zbigniew Zamachowski, Paweł Kukiz, Janusz Radek. Informacje, bilety: www.christopherentertainment.com 2012.11.18 – 18:00 » MISSISSAUGA (TORONTO) – KONCERT WSPOMNIENIE – Centrum Jana Pawła II, 4300 Cawthra Rd, ON, Toronto, Kanada. Koncert „Wspomnienie”. Oprócz Ani wystąpią: Piotr Cugowski, Wojtek Cugowski, zespół Bracia, Zbigniew Zamachowski, Paweł Kukiz, Janusz Radek. Informacje, bilety: www.christopherentertainment.com

Trochę prawdy

Trotyl i spektrometry – czyli jak kręcił Szeląg

Ze słów płk. Szeląga ktoś może wysnuć wniosek, że spektrometr reaguje tak samo na bardzo wiele cząsteczek i że używając go, można łatwo pomylić z trotylem byle kosmetyk czy związek chemiczny z gleby. To nie jest prawda. Gdyby tak było, spektrometrów ruchliwości jonów nie używano by powszechnie jako detektorów materiałów wybuchowych na lotniskach czy w innych sytuacjach, narkotyków lub skażeń gazami trującymi.
„W toku oględzin wykorzystywano spektrometry ruchliwości jonów. Urządzenie rejestruje cząsteczki o takiej masie jak trotyl. Może tak samo reagować na trotyl, jak i na kosmetyki czy związki chemiczne z gleby. (…) Pozytywny sygnał wskazywał, które elementy badać. Dopiero po badaniu laboratoryjnym ich wyniki mogą podkreślić lub wykluczyć związek chemiczny. Zabezpieczonokilkaset próbek. Dopiero przeprowadzone badania laboratoryjne mogą wykluczyć bądź potwierdzić wskazania” – stwierdził Wojskowy Prokurator Okręgowy płk Ireneusz Szeląg, komentując doniesienie „Rzeczpospolitej” o znalezieniu śladów trotylu we wraku tupolewa w Smoleńsku. Otóż jeśli rzeczywiście wykorzystywano spektrometry ruchliwości jonów, to z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić, że to jednak były ślady trotylu, a nie innego związku chemicznego, choć oczywiście pewna możliwość pomyłki istnieje. Ze słów płk. Szeląga ktoś może wysnuć wniosek, że spektrometr reaguje tak samo na bardzo wiele cząsteczek i że używając go, można łatwo pomylić z trotylem byle kosmetyk czy związek chemiczny z gleby. To nie jest prawda. Gdyby tak było, spektrometrów ruchliwości jonów nie używano by powszechnie jako detektorów materiałów wybuchowych na lotniskach czy w innych sytuacjach, narkotyków lub skażeń gazami trującymi. Zdarzają się wprawdzie „fałszywe alarmy”, ale nie wzbudza ich aż tak wiele substancji. Eksperyment dokonany przez chemików z Washington State University pokazał, że z siedemnastu substancji wybranych z uwagi na podobieństwo struktury chemicznej do trotylu (składników kosmetyków, pestycydów, produktów ubocznych spalania tytoniu oraz zanieczyszczeń powietrza) i spodziewane z tego powodu prawdopodobieństwo „fałszywych alarmów” tylko siedem (pięć zanieczyszczeń, jeden składnik kosmetyków i jeden pestycyd) wywołało w ogóle reakcję spektrometru. Przy czym tylko jeden związek chemiczny z tych siedmiu – 4,6-dinitro-o-krezol – dawał podobny wygląd widma (z „pikiem” w tym samym miejscu) co trotyl. Jednak i w tym przypadku jeden z parametrów nadal się różnił, tak że ostatecznie badacze doszli do wniosku, że „możliwość fałszywego alarmu spowodowanego przez obecność tych 17 związków jest nieprawdopodobna”. W wymienionym eksperymencie użyto wprawdzie spektrometru specjalnie skonstruowanego na uniwersytecie, podkreślając, że ograniczenia urządzeń komercyjnych bywają w rzeczywistości przyczyną fałszywych alarmów. Jednak nie jest z tymi urządzeniami aż tak źle. Test przeprowadzony przez amerykański National Institute of Justice z udziałem spektrometru Itemiser wykazał zero fałszywych alarmów przy wykrywaniu trotylu (używano do jego „zmylenia” pestycydu 3-metylo-4-nitrofenolu). Producent spektrometru Sabre 5000 chwali się wskaźnikiem fałszywych alarmów poniżej 1 proc. Niemiecki Institut für Umwelttechnologien podaje, że ich przenośny spektrometr ma liczbę fałszywych alarmów poniżej /a4 proc. Tak więc prawdopodobieństwo, że we wraku samolotu w Smoleńsku rzeczywiście znaleziono ślady trotylu, jest naprawdę duże. Tym bardziej, że kuzyn jednej z ofiar katastrofy zlecił na własną rękę badania pozostałych po niej rzeczy metodą analizy chemicznej laboratorium w USA. W jednej z próbek znaleziono ślady trotylu.

Nie uwierzycie to oryginalna reklamówka PO z 2005r. dodane są tylko moim zdaniem niepotrzebnie wstawki ze śmiechem. Warto zobaczyć blog Zbigniewa Kuźmiuka Tak wygląda budowanie niezależności energetycznej Polski przez rząd premiera Tuska. 1. Klubowi parlamentarnemu Prawa i Sprawiedliwości udało się przepchnąć do porządku obrad Sejmu w ramach tzw. informacji bieżącej, informację rządu w sprawie bezpieczeństwa energetycznego Polski w kontekście niekorzystnych decyzji i planów rządu Donalda Tuska. Ta informacja była omawiana wczoraj z udziałem ministra skarbu Mikołaja Budzanowskiego i jego urzędników. Brałem udział w tej debacie, zadając kilka pytań dotyczących między innymi realizacji tzw. mostu energetycznego na Litwę, a także wycofania się Polski z udziału w budowie elektrowni atomowej w Wisaginias na Litwie. Bezpośrednią przyczyną domagania się tej informacji rządu, była rezygnacja przez gdański koncern energetyczny Energa (będący spółką Skarbu Państwa ) z budowy w Ostrołęce węglowego bloku energetycznego o mocy 1000 MW w ramach istniejącej elektrowni w tym mieście. 2. Rzeczywiście budowa tego bloku energetycznego była przygotowana od strony wszystkich pozwoleń, ba minister gospodarki uzyskał od Unii Europejskiej dla tego nowego bloku energetycznego, darmowe pozwolenia na emisję CO2. Energa podpisała ponadto porozumienie z władzami miasta Ostrołęka na budowę instalacji produkującej ciepło dla ogrzania miasta, które miało być efektem ubocznym produkcji energii elektrycznej w nowym bloku węglowym. Przygotowania do budowy nowego bloku energetycznego były tak zaawansowane,że wyrąbano około 100 hektarów lasu po tę inwestycję, a w Ostrołęce zaczęła się budowa infrastruktury między innymi hoteli, w których mieli mieszkać zarówno inżynierowie związani z tą wielką inwestycją jak i pracownicy firm biorących udział w jej realizacji. Parę tygodni temu Energa ogłosiła, że wycofuje się z tej inwestycji, ponieważ nie jest ona efektywna ekonomicznie, a także wystąpiły poważne problemy z przygotowaniem pełnego jej finansowania. 3. Ta decyzja jest co najmniej zastanawiająca z kilku powodów. Istniejąca elektrownia Ostrołęka jest jedynym przedsiębiorstwem wytwarzającym energię elektryczną na trenie Polski północno – wschodniej, jej poważna rozbudowa, powinna być elementem strategii energetycznej naszego kraju. Polska realizuje budowę tzw. mostu energetycznego na Litwę za blisko 2 mld zł (z czego 750 mln zł to pieniądze z budżetu UE z priorytetu Infrastruktura i Środowisko), przy pomocy którego będzie można transportować energię o mocy około 500 MW w jedną bądź drugą stronę. Od roku 2015, będzie realizowana kolejna faza tego projektu, która powiększy możliwości przesyłowe o kolejne 500 MW. Budowa tego mostu ma sens z punktu widzenia polskich interesów, tylko wtedy kiedy będziemy mieli w północno – wschodniej części Polski, znaczące źródło wytwarzające energię elektryczną. Wreszcie niestety inny polski koncern energetyczny PGE S.A, wycofał się z projektu budowy elektrowni atomowej na Litwie w miejscowości Visaginas, co oznacza, że Litwa będzie miała poważne kłopoty z jej ostateczną realizacją (zresztą ostatnio razem z wyborami na Litwie przeprowadzono referendum w sprawie tej budowy i aż 60% głosujących Litwinów wypowiedziało się przeciw realizacji tej inwestycji). 4. W tej sytuacji budowa mostu energetycznego na Litwę sugeruje, że Polska będzie gotowa importować przy jego pomocy energię elektryczną z obwodu kaliningradzkiego, gdzie od stycznia tego roku rozpoczęła się budowa pierwszego bloku elektrowni atomowej o mocy 1200 MW, który będzie gotowy już w 2016 roku. Drugi blok tej elektrowni o podobnej mocy będzie oddany do użytku już w 2018 roku. Obwód ten nie potrzebuje dodatkowych mocy energetycznych, ponieważ jego popyt na energię elektryczną zaspakaja niedawno oddana do użytku elektrownia gazowa. W tej sytuacji cała dodatkowa energia wyprodukowana w tym obwodzie będzie przeznaczona do sprzedaży za granicą, najprawdopodobniej w państwach nadbałtyckich i w Polsce. Inwestor, rosyjski koncern Rosatom zresztą się specjalnie z tym nie kryje, że buduje w tym miejscu elektrownię atomową aby sprzedawać znacznie tańszą niż tradycyjna, energię elektryczną do tych krajów. W tej sytuacji wszystko wskazuje na to, że rezygnacja z budowy elektrowni węglowej w Ostrołęce, jepst niestety związana z koncepcją kupowania energii elektrycznej już za 3-4 lata w obwodzie kaliningradzkim. Być może takie decyzje mają na celu zacieśnienie więzów gospodarczych z Rosją, co od kilku lat na początek nieśmiało, a teraz coraz mocniej, forsuje rząd premiera Tuska. Tak wygląda budowanie niezależności energetycznej Polski przez rząd premiera Tuska. Fragment z wywiadu udzielonego przez R. Ziemkiewicza dla portalu Stewczyk.pl PO zapewne chciałaby coś zrobić, coś zmienić na lepsze. Jednak w tej sprawie mamy sytuację podobną do tej z PRL. Wystarczy wspomnieć, że Tusk w czasie przejmowania władzy miał 300 tysięcy urzędników. To już było za dużo, a obecnie jest ich około 1 miliona. Ilu dokładnie, właściwie nie wiadomo. Stosuje się różne uniki, by zataić rzeczywistą ich liczbę. Tymczasem prawo Parkinsona mówi, że im więcej jest urzędników, tym mniejbr / sprawnie działa administracja. Urzędnicy sobie przeszkadzają, kompetencje są niejasne, nachodzą na siebie i blokują nawzajem. Przeprocedowanie czegokolwiek przez urząd staje się więc znacznie dłuższe, czy wręcz niemożliwe. W polskiej rzeczywistości każdy urzędnik szuka tzw. dupochronu. Każdy chce mieć podkładkę, która w razie czego pokaże, że to nie on jest winien. Temu służą np. ekspertyzy zlecane często autorom zewnętrznym. To najlepsze źródło utrzymania. Robi się wiele ekspertyz, z których wynika, że przy obecnym stanie prawnym nie da się czegoś zrobić. To się niemal zawsze udaje, ponieważ stan prawny jest w Polsce tak skomplikowany, że z wielu rzeczy można się zwolnić. I nawet jeśli premier będzie krzyczał, odgrażał się, rzucał papierami itd. niewiele to zmieni. Co Wam to przypomina?

Liberał Saakaszwili i populista Tusk

Piotr Gabryel 14-10-2012, ostatnia aktualizacja 14-10-2012 15:00
Nasz kraj przegrywa swą przyszłość, aby szef Platformy Obywatelskiej mógł wygrywać wybory
Polska od lat ślimaczy się w środku stawki państw ocenianych ze względu na poziom wolności gospodarczej, przemieszczając się między uwłaczającymi nam (bo czyż nie?) kategoriami „w zasadzie bez wolności” i „umiarkowanie wolny”. W tym czasie Gruzja zafundowała sobie serię reform i regularnie pięła się w tym rankingu (sporządzanym przez „The Wall Street Journal” i Heritage Foundation), wyprzedzając po drodze dziesiątki krajów. W 2012 r. zajęła chlubne 26. miejsce – plasuje się aż 38 pozycji przed Polską. Przypadek Gruzji pod rządami Micheila Saakaszwilego jest godzien podziwu i – co tu ukrywać – niekłamanej zazdrości. Od czasu rewolucji róż w 2003 r. państwo to dokonało ogromnego skoku cywilizacyjnego, który był skokiem na wskroś liberalnym. I z powodzeniem może być studiowany jako przeciwieństwo rządów kunktatorskiej ekipy Donalda Tuska. O wprowadzeniu przez Gruzję podatku liniowego nie ma nawet co wspominać, bo to w tej części świata, która skutecznie goni Zachód (czyli nie w Polsce), niemal standard. Już zmniejszenie liczby podatków z 26 do sześciu robi jednak wrażenie. A zlikwidowanie niemal 90 proc. licencji i zezwoleń, których domagano się od obywateli i firm, wprowadzenie zasady rejestrowania przedsiębiorstwa w jeden dzień oraz kilkakrotne zmniejszenie liczby zatrudnionych w ministerstwach urzędników – jeszcze większe. Zwłaszcza gdy się ma w pamięci żałosną, kilkuletnią błazenadę posła PO Janusza Palikota na czele Komisji Przyjazne Państwo. Przykład Gruzji dowodzi jednak też, że prawdziwy sukces liberalizmu nie jest możliwy bez prawdziwej odnowy państwa. Bez małego (nierozdętego, niezbyt drogiego w utrzymaniu dla obywateli), ale za to silnego (czyli po prostu sprawnego) państwa trudno sobie wyobrazić jego skuteczność w pilnowaniu, aby wszyscy uczestnicy rynku przestrzegali rządzących nim, jednakowych dla wszystkich reguł. A bez tego i bez bezlitosnego tępienia korupcji trudno mówić o sukcesie nowoczesnego państwa. I znowu Gruzja jest tu znakomitym przykładem, Polska zaś – antyprzykładem, czego symbolami, pierwszymi z brzegu, są afery hazardowa i Amber Gold. No dobrze, a dlaczegóż Polska nie poszła drogą podobną do gruzińskiej? Dlatego, że gołym okiem widać, iż Tusk nie tyle nie jest Saakaszwilim, ile jest anty-Saakaszwilim. I możemy mówić o ogromnym szczęściu, że nasz kraj pod jego rządami – przynajmniej na razie – trafił na wroga jedynie w postaci kryzysu gospodarczego. W każdym razie partia liberała Saakaszwilego po dziewięciu latach rządów zostawia Gruzję zreformowaną i kwitnącą. Partia populisty Tuska za trzy lata, po ośmiu latach rządów, zostawi Polskę rozgrzebaną i tonącą w długach. Niestety, nic nie zapowiada, aby miało być inaczej.
Uważam Rze

Hiszpania wypełni w ten sposób wymogi protokołu z Kioto dotyczące zmniejszenia emisji dwutlenku węgla. Zrobi to dzięki Polsce, od której odkupiła prawo do emisji 100 mln ton CO2. Korespondencja z Hiszpanii ewy Wysockiej (IAR) Polska sprzedała to prawo za 40 mln euro. To 10-krotnie mniej od obecnej ceny rynkowej. Zgodnie z decyzjami podjętymi w Kioto, w ciągu ostatnich czterech lat Hiszpania mogła zwiększyć emisję dwutlenku węgla o 15 proc., jednak wzrost wyniósł prawie 23 proc. Dlatego, żeby wypełnić wymogi Protokołu, musiała dokupić w innym kraju prawo do emisji. W kwietniu w senacie minister rolnictwa i ochrony środowiska Miguel Arias Caniete uspokajał, że rząd ma na to pieniądze: 400 mln euro – jeśli kupi po preferencyjnej cenie 4 euro za tonę, albo 800 mln – jeśli będzie musiał zapłacić najwyższą stawkę. Jak donoszą media, cena odkupienia od Polski praw do emisji jest 10-krotnie niższa od preferencyjnej (0,40 centów za tonę). Biuro prasowe hiszpańskiego Ministerstwa Rolnictwa odmówiło skomentowania tej informacji i poinformowało, że szczegóły transakcji są tajemnicą. Dodało, że pieniądza ze sprzedaży CO2 Polska będzie musiała zainwestować w projekty związane ze środowiskiem naturalnym, m.in. w ekologiczny transport i oświetlenie ulic. NARODOWE CREDO POLAKÓW – do obowiązkowego nauczenia się na pamięć oraz nauczenia dzieci i młodzieży. Maria Kowalska, Co możemy zrobić dla Polski: dopilnować, aby każdy Polak znał te słowa i potrafił je powtórzyć obudzony w środku nocy, jak pacierz, jak tabliczkę mnożenia, również w przekładzie na języki obce. Można to zrobić rozsyłając tego maila szczególnie do młodych ludzi spośród rodziny i znajomych. Oto słynna już wypowiedzi śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego: “Ależ, proszę panów. Nasza historia jest taka, że najpierw zatrzymaliśmy na kilkaset lat ekspansję Niemców na wschód, potem parcie islamu na zachód. W końcu zatrzymaliśmy pochód rewolucji bolszewickiej. W międzyczasie stworzyliśmy pierwszą w Europie republikę, z obieranym odpowiedzialnym przed prawem władcą i zasadą równouprawnienia religii, czego doczekaliście się kilkaset lat po nas. A już w XX wieku powiedzieliśmy jako pierwsi “nie” Hitlerowi, wy dopiero po nas, zmuszając zachód do przystąpienia do wojny z tym europejskim potworem. Potem stworzyliśmy Solidarność, doprowadziliśmy do upadku Sowiety, wszyscy inni się do nas dołączyli w ramach tego procesu. To jest historia wielkiego narodu, który ma wielką i chwalebną tradycję, a nie tylko martyrologiczno-cierpiętniczą”. Na jednym z ważnych spotkań międzynarodowych z udziałem śp. prezy­denta Lecha Kaczyńskiego, podczas jego luźnej części, przywódcy euro­pejscy chcieli okazać życzliwość wobec naszego kraju. Za najlepszy spo­sób uznali wypowiadanie się ze współczuciem o naszej pełnej nieszczęść historii. Kiwając głowami, mówili o najazdach, które nas miażdżyły, o eks­terminacji, jakiej byli Polacy w swej historii poddawani, i o bohatersko przegranych powstaniach. Naoczny świadek tej rozmowy opowiadał, że słowa te wywołały bezbrzeż­ne zdumienie – z Polakiem tak mówiącym o historii swojego kraju zachod­nie elity nie miały dotąd do czynienia. Prawdę mówiąc, gdyby na sali byli sami Polacy, zdziwienie zapewne nie byłoby mniejsze. Tak bardzo przywy­kliśmy do tego mrożkowskiego pokazywania szczerb i zawodzenia „wybili, o, wybili”, że trudno nam przychodzi do głowy pomyśleć o sobie samych jako o dziedzicach tradycji wielkiej i chwalebnej. Powyżej fragment artykułu, który pojawił się i powtarzany był min. tu: http://www.rp.pl/artykul/784652.html http://wpolityce.pl/wydarzenia/28006-to-jest-historia-wielkiego-narodu-ktory-ma-wielka-i-chwalebna-tradycje-a-nie-tylko-martyrologiczno-cierpietnicza http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=6879&Itemid=119 http://www.bibula.com/?p=59804 Nie pozwólmy temu zdarzeniu odejść w niepamięć. Niech wiadomość ta krąży w internecie od Polaka do Polaka. „Żeby być traktowanym jako duży europejski naród, trzeba chcieć nim być”. (Lech Kaczyński) Czarny dzień polskiej demokracji (04.10.2012) Podpisana przez Prezydenta nowelizacja ustawy o zgromadzeniach publicznych ogranicza podstawowe prawo wolności obywateli – prawo do zgromadzeń publicznych. Wprowadzone zmiany nadają urzędnikom uprawnienia do decydowania o podstawowych swobodach obywateli. Przepisy te zostały zmienione w taki sposób, aby praktycznie uniemożliwić zorganizowanie legalnej manifestacji. Nie znajdują one oparcia w żadnych standardach państwa demokratycznego. Nowe prawo przerzuca odpowiedzialność na organizatorów manifestacji i jednocześnie zdejmuje ją ze służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo i porządek publiczny. Wprowadza równocześnie wysokie kary materialne dla organizatorów. Taka decyzja cofa Polskę do mrocznej przeszłości PRL, oddalając nas od demokratycznego państwa szanującego prawo swoich obywateli do społecznego sprzeciwu. Przypominam, że zmiany te zostały przyjęte bez konsultacji społecznych, co jest łamaniem obowiązującego w Polsce prawa. Szczególnie jest to rażące dla NSZZ „Solidarność”, dzięki któremu doszło do demokratycznych przemian w Polsce. To kolejny w ostatnim czasie przykład wprowadzania ważnych dla obywateli ustaw z pominięciem dialogu społecznego. Ale takie postępowanie władzy ze społeczeństwem nie jest dla mnie zaskoczeniem. Nowelizacja ustawy o zgromadzeniach publicznych, przeprowadzona z inicjatywy Prezydenta, to czarny dzień polskiej demokracji. Dzisiejszego podpisu Pan Prezydent powinien się wstydzić. NSZZ „Solidarność” tak jak wcześniej zapowiadała, zaskarży nowo uchwalone prawo do Trybunału Konstytucyjnego. Nie mamy najmniejszych wątpliwości, że tak jak w przypadku tzw. ustawy o święcie Trzech Króli, nowy bubel prawny również trafi do kosza. Piotr Duda, przewodniczący NSZZ „Solidarność” http://www.zmieleni.pl

Jeśli obudziłe(a)ś się ze snu, a nawet jeśli nie spałe(a)ś, a mimo to cały czas myślisz co można zrobić by w kraju zaszły zmiany bo nie tak wyobrażaliśmy sobie dzisiejszą sytuacje po ostatnich wyborach do Parlamentu to nie łódź się, że po kolejnych wyborach według obecnego systemu wyborczego coś się zmieni. Cały ten „interes” przejmą następni. I nawet jeśli pójdziesz głosować to tak naprawdę masz małe szanse aby twój kandydat znalazł się w Parlamencie. Na rewolucje chyba nikt nie liczy, przewrót też nie wchodzi w rachubę – w końcu jest demokracja (jest jaka jest). Paweł Kukiz tym razem w nie roli muzyka, a w roli aktywatora miesiąc temu uruchomił akcje na rzecz zmiany ordynacji wyborczej w cel wprowadzenia 460 jednomandatowych okręgów wyborczych (JOW) w wyborach do Sejmu RP. Ordynacja taka, która mimo wad jednak daje nam większy wpływ w wyborach. Kiedyś pewna partia nam to obiecywała i w ramach kampanii wyborczej obiecała, że zajmie się petycją na rzecz JOW. PO wyborach zapomniała o sprawie, a lista 750 tysięcy obywateli, którzy podpisali się pod petycją zaginęła (została zmielona). Akcje Pawła Kukiza popiera stopniowo coraz więcej osób i organizacji. Delegaci WZD Regionu Śląsko-Dąbrowskiego NSZZ Solidarność krytycznie ocenili funkcjonowanie obecnego systemu wyborczego w Polsce i poparli inicjatywę. Myślę, że to jeden z dobrych kierunków działań. (Forum)

Marek Szarata

Przyjazny sąd…

TINA, Tusk i Orban

źródło: rzepa Piotr Skwieciński Konflikt Viktora Orbana z Unią polega przede wszystkim na tym, że kwestionuje on wyjmowanie kolejnych obszarów życia społecznego i gospodarczego spod władzy demokratycznego rządu – pisze publicysta Premier Węgier Viktor Orban powiedział węgierskim ambasadorom w trakcie dorocznego spotkania z nimi, że Budapeszt wygrał konflikt z instytucjami europejskimi. Co więcej, według niemieckiego „Die Welt” miał powiedzieć, że jego kraj zwyciężył w tej konfrontacji, bo „konflikty te zostały zaplanowane, przewidziane i przemyślane przez same Węgry”, czyli przez jego rząd. Orban miał też zapowiedzieć, że spodziewa się kolejnych konfliktów, w których również zwycięży. Zasugerował, że mogą one wybuchnąć w związku z tym, iż jego rząd będzie chciał wyjąć spod zasad rynkowych sieci przesyłu wody, gazu i prądu. Dodał, że jego kraj udowodnił, że nie jest kolonią, i obejdzie się bez „niechcianej pomocy obcych”. To ostatnie zdanie odnosi się zapewne do 15-miliardowego (w euro) kredytu z MFW. Rząd węgierski rozpoczął negocjacje na ten temat, premier podkreśla jednak, że gospodarka w zasadzie tych pieniędzy nie potrzebuje, a Budapeszt chce ich jedynie po to, by przywrócić zaufanie inwestorów i zabezpieczyć się na wypadek załamania strefy euro. Orban wypowiedział się też zdecydowanie przeciw unijnej strategii ratowania strefy euro, nazywając ją księżycową. I zasugerował, że obliczona jest ona przede wszystkim na realizację interesów Niemiec, które nie są tożsame z interesami Europy Środkowej. Nie, nie będę tu wznosił peanów na cześć Orbana, co lubi robić wielu prawicowych polityków. Żałuję, ale mam za mało wiedzy, by stwierdzić, w jakim zakresie jego polityka jest słuszna, a w jakim jest przegięciem. Widzę oczywiście, iż samo przetrwanie węgierskiego rządu pod nieustającą kanonadą wszystkich brukselskich (i w jakiejś mierze waszyngtońskich) armat, w dodatku przy skomplikowanej grze z Moskwą (kolejne węgierskie zwody dotyczące gazociągów South Stream i Nabucco), jest sukcesem, którego dwa lata temu raczej się nie spodziewałem. Ale czy ogłaszanie przez Orbana ostatecznego zwycięstwa nie jest przedwczesne, czy nie jest przejawem zgubnej pychy? Niezależnie jednak od tego, jak odpowiemy (czy: jak odpowie historia) na te pytania, musimy stwierdzić, że z samego faktu, iż premier Węgier pozwolił sobie na wypowiedź tej treści (nieprzeznaczoną co prawda dla mediów, ale ponad 100 węgierskich dyplomatów, to grono zbyt szerokie, by Orban mógł zakładać, że jego słowa nie wyciekną; można więc uznać, że co najmniej godził się z tym, iż zostaną upublicznione), wiele wynika. I to wynika dla nas, Polaków. Co sobie o nas pomyślą?! Po pierwsze – czy jesteśmy w stanie wyobrazić sobie polskiego polityka (i to z którejkolwiek formacji, czy to przez nas lubianej, czy nielubianej, euroentuzjastycznej czy eurosceptycznej), który potrafiłby wyartykułować coś podobnego do słów Orbana? Ja osobiście nie jestem w stanie, i co więcej jestem przekonany, że nikt z czytelników też tego nie potrafi. A to z jednego, bardzo dla każdego polityka przekonującego powodu. Po wypowiedzeniu takich słów, gdyby miał władzę, straciłby ją. A gdyby był politykiem opozycji, zyskałby gwarancję, że pozostanie nim do końca swoich dni. Liderem ugrupowania opozycyjnego też zresztą zapewne przestałby być. Polacy i Węgrzy lubią się. Łączą ich podobne przeżycia historyczne, do pewnego stopnia wspólne antypatie. Istnieją też pewne zbieżności w dziedzinie psychologii zbiorowej. Ale w tej ostatniej dziedzinie przeważają rozbieżności. I cała orbanowska epopeja, której wyrazistym elementem było skierowane do ambasadorów przemówienie premiera, dowodzi, że są one ogromne. Otóż świadczy ona między innymi o tym, że Węgrzy są wręcz antytezą Polaków, jeśli chodzi o wrażliwość na to, „co sobie zagranica o nas pomyśli”. Innymi słowy: mają znacznie mniejsze od Polaków kompleksy. Może Węgrzy mają kompleksy równie potężne jak Polacy, tylko po prostu inne. Grunt, że najwyraźniej wśród Madziarów przeważa przekonanie, że nie są z definicji gorsi od wielkich narodów zachodniej części kontynentu. Że prawo zachodnich elit do wytyczania innym jedynie słusznej drogi nie jest wcale oczywiste. Że decyzja o wyborze innej niż wskazana drogi nie jest czymś z definicji kompromitującym. I że -last but not least -nie oznacza ona oczywistej klęski. Wieczne terminowanie Węgrzy są, jak się okazuje, wewnątrzsterowni. A my jako naród jesteśmy niestety zewnątrzsterowni. Strach przed tym, jak zostaniemy ocenieni przez tych, na których nam zależy (czytaj: przez zachodnie elity), wiąże nas psychicznie. Jesteśmy notabene pod tym względem fenomenem. Nie zachowuje się tak nie tylko żaden wielki naród zachodni (ich narodowe psychiki działają wręcz odwrotnie -wyobraźmy sobie, jak zereagowaliby Francuzi na argument, „co sobie o nas pomyślą Niemcy”, i oczywiście vice versa), ale i małe, bliskie nam narody środkowoeuropejskie (nie tylko Węgrzy, także i Czesi są znacznie od nas pewniejsi siebie). Moim zdaniem ma to bardzo głębokie korzenie kulturowe. Polacy czują się wiecznie niepełnowartościowi jako Europejczycy. W jakiejś mierze czują się imitacją. I dopóki głęboko nie przepracują swojej autoświadomości, skazani będą na wieczne terminowanie, wieczne udowadnianie, że są godni znalezienia się w „lepszym towarzystwie”, pwieczne poczucie niepełnowartościowości. Ważne są polityczne skutki tej psychologicznej pułapki. Te skutki to brak wiary we własne siły i strach przed własną podmiotowością. Oczywiście, odwrotną stroną medalu bywają próby przezwyciężenia tego chorobliwego stanu w sposób równie chorobliwy – czyli eksplozje przesadnej podmiotowości i demonstracje przesadnego poczucia siły. Nie są one jednak dominujące, dotyczą mniejszości i są rzadkie. Wywierają więc siłą rzeczy jedynie bardzo ograniczone skutki polityczne, podczas gdy dominujący polski kompleks kształtuje polską politykę w bardzo wielkiej skali. Dlatego Orban może powiedzieć, że świadomie poszedł na konflikt z Unią, że wiedział, iż jego posunięcia go wywołają. Że przemyślał go zawczasu, a teraz -równie świadomie -planuje nowe posunięcia, które jego zdaniem leżą w interesie Węgier, a które wywołają kolejną wojnę z zachodnimi elitami. W Polsce nawet by o tym nie pomyślał. Ale w całej tej sprawie jest jeszcze coś. Istotą nowoczesnego państwa jest ograniczenie władzy politycznej na rzecz niezależnych instytucji -powiedział w czwartek w Sejmie premier Tusk, tłumacząc zaniechania państwa w sprawie Amber Gold. I nie sposób się z nim nie zgodzić. Taki istotnie jest trend ogólnocywilizacyjny. Ma on zalety i wady. Do tych ostatnich (moim zdaniem liczniejszych od zalet) zaliczam przede wszystkim wyjmowanie coraz to nowych sfer życia społeczeństw spod decyzji demokratycznie wybranych władz, a wręcz spod społecznej debaty. Bo po co debata, skoro i tak „niezależne instytucje” (będące rzecz jasna emanacją elit) zrobią to, co i tak być musi (bo przecież hasło epoki to TIN/pA, czyli „There Is No Alternative”). Wzmocnienie tego trendu i takiego myślenia w krajach Europy Środkowej wspierają elity zachodnie, których emanacją są instytucje unijne. Wspierają, bo to leży w ich interesie. Bo „niezależne instytucje” w zdecydowanej większości wypadków służą ukompatybilnieniu naszego obszaru z obszarem zachodnim. Ale ukompatybilnieniu nie tylko i nie przede wszystkim poprzez upowszechnianie dobrych standardów. Również i głównie poprzez realizowanie, zawsze i wszędzie, różnego rodzaju rozwiązań niekoniecznie zgodnych z interesem naszych narodów. Zgodnych natomiast z interesem krajów starej Unii i powiązanych z nimi naszych elit, których emanacją są „niezależne instytucje”. Otóż konflikt Orbana z Unią polega przede wszystkim na tym, że premier Węgier kwestionuje doktrynę TINA. I kwestionuje wyjmowanie kolejnych obszarów życia społecznego i gospodarczego spod realnej władzy demokratycznego rządu. Chce natomiast przywrócenia treści demokratycznej polityce. Nie znaczy to, że w niektórych sprawach nie może przesadzać czy błądzić (choć jak dotąd nie popełnił niczego, co dałoby się zakwalifikować jako złamanie prawa). Ale zasadniczo w konflikcie między zachodnimi elitami a premierem Węgier wszyscy demokraci, niezależnie od stopnia ich prawicowości czy lewicowości, powinni więc życzyć sukcesu temu ostatniemu. Rozsychanie państwaA demokraci z Polski powinni dodatkowo nad czymś poważnie się zastanowić. Powinni mianowicie pomyśleć, jak polityka naszego demokratycznie wybranego rządu i jego filozofia, otwarcie wyrażona w Sejmie przez premiera, ma się do demokracji. Jak ma się do demokracji polityka rozsychania państwa, przekazywania coraz większych obszarów odpowiedzialności „niezależnym instytucjom”. Co kończy się nie tylko kolejnymi ambergoldami, ale i realizowaniem na coraz większej ilości obszarów partykularnych polityk, zgodnych z interesem autonomicznych korporacji i elit, a wcale niekoniecznie -z interesem większości. I, co konsekwentnie zmierza do atrofii procesu demokratycznego, pozostawienia instytucji demokratycznych jedynie w roli sztafażu. Refleksja ta byłaby smętna. Większości Polaków ta polityka bowiem nie przeszkadza. Nie przeszkadza przede wszystkim właśnie dlatego, że jest to trend zachodni, a spór z Zachodem jest ostatnią rzeczą, którą przeciętny Polak byłby skłonny zaakceptować. Na taki konflikt, w imię przedstawionych powyżej wartości, godzą się natomiast Węgrzy. Sytuują się tym samym w centrum bardzo podstawowego sporu. I, wobec związanego z kryzysem osłabienia Unii, mogą (choć nie muszą) w tym sporze wygrać. Polacy zaś, uciekając od tego sporu, po raz kolejny sytuują się peryferyjnie. Co najmniej w sensie intelektualnym.

Odpowiedni bandzioch do prucia

Pękło kolejne tabu. Dyrektor programowy TVN Edward Miszczak szczerze przyznaje: satyryk Szymon Majewski stracił program w jego stacji, bo chciał się śmiać nie tylko ze strasznego Kaczora, ale również z PO. „A lemingi nie chcą, żeby się specjalnie śmiano z Platformy Obywatelskiej” – mówi Miszczak. Oczywiście był też inny powód – występ Majewskiego w reklamie. Jednak chyba nie decydujący, bo inna gwiazda – Jakub Wojewódzki – też wystąpił i go nie wyrzucono. Ale jak można było trzymać na antenie faceta, który odmawia żartowania z katastrofy smoleńskiej? Nie przesadzam, Miszczak relacjonuje rozmowę z Majewskim w ostatnim „Wprost”: „Wiem, że powinna być partia, jak PO, która pcha nas ku Europie. Ale jest też miejsce dla PiS, który pamięta, dba o tradycje, historię. Mam rozdartą naturę – mówił w maju i zapewniał, że żarty dla niego kończą się tam, gdzie giną ludzie, więc żartować z katastrofy smoleńskiej nie zamierza”. Sam się facet prosił o kłopoty. Miszczak uzasadnia to wszystko tak: „wyborcy PO to są jednocześnie wyborcy TVN. I pewnie ma sporo racji”. Tylko że zarazem to hipokryzja. Bo przecież to nie było tak, że stacja Miszczaka poszła za widzem. Każdy, kto pamięta to, co działo się w polskich mediach od 2005 roku, wie, że oni sami sobie takiego widza wyhodowali. TVN nie wahał się bowiem ani chwili; od początku, kiedy wielkomiejska inteligencja była jeszcze trochę zagubiona i tęskniąca za PO-PiS, przyjął najbardziej radykalny kurs i walił ze wszystkich armat. Nauczył widza, kto jest fajny, a kto groźny i obciachowy. „I dopiero towarzysz Lenin obrócił wstecz bestialski mój bagnet i wskazał mu odpowiedni bandzioch do prucia” – napisał w życiorysie Kozak z „Konarmii” Babla. Wielu mogłoby to powtórzyć, wstawiając na miejsce Lenina TVN. Oczywiście wiem, że na całym świecie odchodzi się od – zawsze łamanych, ale jednak jakoś tam obowiązujących – reguł dziennikarskiej bezstronności. Że triumfują tzw. media tożsamościowe, karmiące odbiorcę potrzebną mu dozą nienawiści. I że po drugiej stronie frontu nastąpiły niestety procesy podobne. Ale za oczadzenie się płaci. Bo oczadzeni jako jednostki nieuchronnie głupieją. A oczadzone społeczeństwo rozpada się na grupy, które nie tylko się nienawidzą, ale stopniowo przestają nawet mieć ze sobą o czym rozmawiać. Boję się, że kiedyś zemści się to na nas wszystkich. Piotr Skwieciński

Gdyby Polacy zechcieli wziąć to do serca: =================================================== Gdy Benjamin Franklin przedstawiał Zgromadzeniu projekt Deklaracji Niepodległości, pewna dama zapytała go: „Panie Franklin, jaki ustrój pan dla nas zaplanował?” Franklin odpowiedział: „Republikę, szanowna pani, o ile będzie pani w stanie jej podołać. Odpowiedzialność za ojczyznę nie spoczywa w rękach wybrańców. Jesteśmy silni i wolni od tyranii tylko wtedy, gdy każdy z nas pamięta o swojej powinności jako obywatela. Obojętnie czy chodzi o dziurę w jezdni, czy kłamstwo w orędziu o stanie państwa. Przemówcie! Zadawajcie pytania! Ż/pądajcie prawdy! Demokracja to nie jazda na gapę. W takim kraju żyjemy. Jeżeli spełnicie swoją powinność, w takim kraju będą żyły również nasze dzieci. Boże, błogosław Amerykę!” =================================================== Chciałoby się dodać słynny cytat: Miałem sen.. Czuję się jak w Polsce Gierka Rafał Mierzejewski 09-08-2012, ostatnia aktualizacja 10-08-2012 08:26 Dziś muzyka nie jest w stanie oderwać słuchacza od papki propagandowej – mówi muzyk Paweł Kukiz Rz: W pańskiej ostatniej płycie „Siła i honor” można wyczuć żal, tak jakby było panu duszno w Polsce? Paweł Kukiz: Może w piosence „Ratujcie nasze dusze” napisanej przez rosyjskiego poetę Włodzimierza Wysockiego można zauważyć taki motyw. Wysocki, delikatnie mówiąc, nie był nigdy ulubieńcem władzy radzieckiej. Ja nie jestem akceptowany przez obecną polską władzę. Czuję się jak w Polsce Gierka. Propagandę sukcesu zastąpiono public relations. Jestem wewnętrznym emigrantem, czuję dyskomfort, bo widzę w Polsce marazm. Czuje się pan tak dlatego, że rozgłośnie nie chcą grać pańskiej muzyki? Paradoksalnie taka polityka radia przysparza tylko popularności płycie. Problem z rozgłośniami polega na tym, że one w ogóle nie przyciągają reklam muzyką. Raczej propagandą polityczną czy tzw. programami informacyjnymi. Muzyka jest tylko dopełniaczem. Kiedyś było odwrotnie, informacja była wytchnieniem od muzyki i to były prawidłowe proporcje. Dziś muzyka nie jest w stanie oderwać słuchacza od papki propagandowej. Proszę też pamiętać, że większość dużych spółek, które stać na reklamy, chce żyć w zgodzie z rządem. Mechanizm wpływa na rozgłośnie, bo one chcą mieć dużych klientów, często uzależnionych od rządu. Pan nie chce żyć w zgodzie z rządem? To o czym pan śpiewa? Wychowałem się w rodzinie patriotycznej, traciłem bliskich przez Czeka i w Oświęcimiu. Skoro chcę śpiewać w tym tonie i ludzie tego słuchają, to co komu do tego? Rozumiem, że rozgłośnie prywatne nie chcą promować płyty i historia jest dla nich niemodna, ale publiczne? Zwłaszcza w czasach, kiedy walczą o wpływy z abonamentu, gdzie ten pluralizm? Jakie jest uzasadnienie odrzucenia pańskiej płyty? Żadne, bo czy stwierdzenie odpowiedzialnych za treści w Trójce, że płyta nie odpowiada gustom słuchaczy, może być merytoryczne? Skąd oni to wiedzą? Szkoda tych słuchaczy, bo wszystkie radia grają to samo… A może to przez tytuł płyty? Niektórym może sie on źle kojarzyć. To pozdrowienie żołnierzy GROM. Płyta jest dedykowana gen. Petelickiemu. Tak też się żegnałem z generałem. Jestem państwowcem, szczególnie w sferze bezpieczeństwa narodowego. Lubię chłopaków z GROM, ceniłem generała i chciałem jemu oraz wszystkim żołnierzom jednostki złożyć hołd. —rozmawiał Rafał Mierzejewski Rzeczpospolita

Niepotrzebna dyskusja o Powstaniu w jego rocznicę

virtus, fides, gravitas Łażący Łazarz – Tomasz Parol – zwykły obywatel, bloger, prawnik i redaktor naczelny Nowego Ekranu

Przyznam, że już nie mogę tego słuchać i czytać. Zamiast uczcić Powstanie Warszawskie i oddać honor jego żołnierzom, mądrala za mądralą udowadnia naukowo, co by było gdyby i dyletancko podważa sens przelanej krwi.

Po pierwsze NIE UCHODZI i NIEGODNE to w tym momencie. Po drugie wielu dzisiejszych wrogów Polski robi wszystko by umniejszyć zarówno nasze zasługi, by zniwelować pamięć o naszej walce ZA WOLNOŚĆ NARODÓW, a także wykaza Każdy chce mieć podkładkę, która w razie czego pokaże, że to nie on jest winien. Temu służą np. ekspertyzy zlecane często autorom zewnętrznym. To najlepsze źródło utrzymania. Robi się wiele ekspertyz, z których wynika, że przy obecnym stanie prawnym nie da się czegoś zrobić. To się niemal zawsze udaje, ponieważ stan prawny jest w Polsce tak skomplikowany, że z wielu rzeczy można się zwolnić. I nawet jeśli premier będzie krzyczał, odgrażał się, rzucał papierami itd. niewiele to zmieni. ć jej nieskuteczność i imputując bezsens robić z nas bezmyślnych Polaczków umierających zamiast żyć i atakujących szabelką czołgi. Robi się z nas coraz skuteczniej nieprzydatnych w czasie II Wojny Światowej bezmyślnych i naiwnych wariatów, szafujących własną i innych krwią, którzy w zasadzie nie tylko spowodowali tę wojnę, ale jeszcze na dodatek pomagali pewnym nazistom (garstce radykalnych renegatów bez narodowości) mordować Żydów. Czy wszyscy krytykanci nie widzą jak im właśnie pomagają? Sorry, że nie piszę o kwestiach merytorycznych, ale na ten temat pisałem już wielokrotnie i odniosę się do nich w ostatnich zdaniach tego postu (właśnie zawyły SYRENY), gdyż więcej nie ma sensu, bo NIE DOCIERA… ale wydaje mi się, że jedyne co może „podskakujących wyżej tyłka krytykantów” powstrzymać to refleksja i pytanie zadane przed lustrem: PO KTÓREJ STRONIE SIĘ OPOWIADAM PISZĄC TAK W TAKI DZIEŃ? Czy nie pomagam wrogom osłabiając dziś ducha Narodu i jego chęć do ew. walki, gdy znów będzie potrzebna? Jakoś bowiem nie słyszę krytyki kompletnie bezsensownego POWSTANIA W GETCIE wywołanego rok wcześniej przed Powstaniem Warszawskim. Nie dość, że spóźnionego, to jeszcze stojącego w radykalnej opozycji mentalnej w stosunku do typowego zachowania się Narodu Wybranego, który albo jak stado baranów dawał się przez całą okupacje prowadzić na rzeź, albo donosił na siebie, tworzył swoje żydowskie służby policyjne, rady i organizacje, których jedynym zadaniem było jak najbardziej pomóc Niemcom w skutecznej eksterminacji własnego narodu i jak najbardziej się przy tym dorobić lub opóźnić swoją śmierć.

Wielcy KRYTYKANCI Polskiego Powstania, spójrzcie na Żydów, widzicie tam teraz opluwanie się wzajemne, atakowanie, jakaś durną DYSKUSJĘ na temat Powstania w Getcie? NIE MA! Za to są kolejne coraz piękniejsze rocznice, kolejne muzea i mauzolea, kolejne filmy, tak wielka propaganda, że żydowskie powstanko jest znane, a Powstanie Warszawskie nie. Uczmy się od Żydów bronić Polskę i polskie interesy. W czasie gdy NAS opluwa się i bredzi o wymordowaniu przez Polaków 3 mln Żydów, kompletnie przemilczając, ilu Żydów wydali sami Żydzi. Ilu Żydów uratowali Polacy i ilu Polaków zginęło za ratowanie Żydów. Część z NAS postanowiło na dodatek po opluwać w rocznicę naszych dowódców i jedyny legalny rząd, który wtedy istniał. Mało tego, robią to nieumiejętnie i nieuczciwie, bo albo nie znają faktów (i realiów historycznych), albo posługują się argumentami, które nie mogły być znane ludziom, którzy podjęli decyzję o wybuchu Powstania Warszawskiego. A na pewno nie znali a priori jego przebiegu, zachowania się wrogów i aliantów, oraz nie mogli znać następstw. A jeśli chodzi o następstwa. Powstanie wstrzymało Stalina? Tak czy Nie? Pozwoliło Amerykanom i Brytyjczykom wyzwolić część Niemiec? Tak czy Nie? To zadajcie sobie Panowie Szlachta Przemądrzała pytanie, jakie byłyby skutki gdyby Powstanie nie wybuchło, takiego Powstanie-Niewybuchu? Gdzie by się zatrzymał Stalin i gdzie by sie kończyła granica późniejszego ZSRS? Czy większy Sowiecki Kraj, na który pracowałyby całe Niemcy i cała Austria (a może jeszcze Niderlandy ) byłby słabszy czy silniejszy? Czy jesteście pewni, że nie podbiłby reszty Europy, albo nie podzielił się z Ameryką wpływami tak jakby podbił? A jeśli by nie podbił, to może jednak na tyle ZSRS byłby silny, że przetrwałby i do dzisiaj? To niemożliwe? I ostatnia kwestia: Co powstrzymałoby Stalina przed wyrwaniem od Amerykanów i Brytyjczyków zgody na włączenie do Sowietów (jako tzw. Republiki) kraiku, który nawet Powstania nie potrafił wywołać przeciwko zwyrodniałemu Najeźdźcy, który nie chciał swej krwi przelać w swojej obronie? Panowie Szlachta, Polacy nie mają jak Żydzi wielkiego Lobby w Kongresie USA, sieci potężnych propagandowo wytwórni filmowych w Hollywood i największych banków w swoich łapach. Polaków nie stać na to, by jak barany iść na rzeź. Polacy muszą się bić, będą się bić i tylko to nas do tej pory uratowało. Więc opiewajmy to – zwłaszcza w TAKĄ ROCZNICĘ.

ŁŁ

Myślcie sami!

PO-PSL: koalicja czy kartel?

Piotr Gabryel 22-07-2012, ostatnia aktualizacja 22-07-2012 15:00
j
Ile kosztują nas zmowy kartelowe koncernów – wiadomo. A ile kosztują nas zmowy kartelowe partii politycznych?
Szczerze mówiąc, taśmy Serafina nie powiedziały niczego nowego ani o Polskim Stronnictwie Ludowym, ani o koalicji PO-PSL. Wszystko to przecież – kolesiostwo i nepotyzm, a niewykluczone, że także korupcja – od początku obecne było w związku tych partii. Wyszło to na światło dzienne zarówno przy okazji afery hazardowej oraz innych – pomniejszych, jak i teraz – za sprawą afery taśmowej. Ujawnienie treści rozmowy Władysławów Serafina i Łukasika skłania jednak do zadania pytania o istotę związku łączącego Platformę Obywatelską i PSL. A więc o to, czy Polską rządzi koalicja polityczna PO-PSL, czy raczej kartel polityczny PO-PSL. Co świadczy o tym, że mamy do czynienia raczej z kartelem aniżeli koalicją? Przede wszystkim niezawarcie przez liderów tych ugrupowań, Donalda Tuska i Waldemara Pawlaka, ani po wygranych wyborach w roku 2005, ani w roku 2011, porozumienia politycznego, w którym jasno by ustalono, czym te dwie partie zamierzają się zająć w trakcie każdej z następujących po sobie kadencji. Obie umowy polityczne między PO i PSL (przynajmniej w sferze konkretów) zredukowano niemal wyłącznie do podzielenia się strefami wpływów oraz posadami – rządowymi i od nich zależnymi. O tym, że w wypadku związku PO i PSL mamy do czynienia z kartelem, świadczy także uporczywe bagatelizowanie przez jego polityków krytycznych raportów Najwyższej Izby Kontroli, która kolesiostwo i nepotyzm w agencjach, spółkach Skarbu Państwa i urzędach wytykała przecież niejeden raz, a także wspólne zamiecenie pod dywan afery hazardowej, a teraz zapewne również afery taśmowej. Trzeba pamiętać, że kartele z reguły mają inne cele niż koalicje rządowe. To zapewne z tego powodu gabinet PO-PSL zwleka z czynieniem tego, co powinien, by chronić Polskę przed kryzysem. Na przykład reformowanie finansów publicznych szło mu (zwłaszcza w pierwszej kadencji) i nadal idzie nadzwyczaj opornie. Ale za to jakże ochoczo obdziera nas ze skóry. Politycy Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego bez najmniejszych skrupułów – ręka w rękę – podnoszą podatki oraz na wszelkie inne sposoby wyciągają nam z kieszeni pieniądze, między innymi na finansowanie posadek zajmowanych przez swoich ludzi i ludzi swoich ludzi. I na koniec. Rynki opanowane przez kartele nie dają wielkich szans na tanie kupowanie objętych zmową kartelową produktów i usług. W takim przypadku zawsze jednak konsumenci mogą się odwołać do strzegących reguł wolnego rynku instytucji państwowych. Do kogo jednak mają się odwołać wyborcy i podatnicy w państwach rządzonych przez partie, które – zamiast zawiązać koalicję rządzącą – zawarły zmowę kartelową?
Uważam Rze
Korupcja pobłogosławiona
Kolejny skandal w rządzie kończy kolejna farsa. Puste hasła przykrywające fundamentalną skazę państwaTo nie system zawiódł w PSL-aferze. Polityka i interesy polityków stanęły ponad prawem. Państwo okazało się bezsilne i wtórne wobec interesów partyjnych. Korupcja jest polityczną walutą. Pieniądze za wpływy, za poparcie. Stanowiska za patrzenie w drugą stronę.Premier Donald Tusk zadeklarował wczoraj, że może przejąć nadzór nad Ministerstwem Rolnictwa. Panie Premierze – Pan jest tym nadzorcą od pięciu lat. Pięć lat piętrzących się nadużyć i anomalii. Dokumenty NiK w sprawie korupcjogennych poczynań lądowały na biurku najwyższych oficjeli, włącznie z Panem, od roku. Premier tłumaczy nam, że było za dużo do czytania. 1800 raportów. Jak twierdzi, niemożliwa jest „osobista reakcja na każdy raport czy informację, które pojawiają się w jego kancelarii”. Ale to średnio siedem raportów na dzień pracy Kancelarii Premiera, a dokładniej na 25 bezpośrednich doradców politycznych, ośmiu ministrów – w sumie ponad 500 osób pracujących w 18 departamentach i biurach. Żadna nie zdążyła przeczytać tak ważnych papierów i zaalarmować. Panie Premierze, aparat państwa się Panu degeneruje. Donald Tusk dostrzegł wczoraj konieczność „uzdrawiania” spółek Skarbu Państwa. I zapowiedział spotkania z klubami opozycji, aby było tam mniej nepotyzmu. Po co? Panie Premierze, Pan tu jest szefem i to Pan decyduje o polityce kadrowej, a nie opozycja. Wszyscy usłyszeliśmy to w exposé w 2007 r., kiedy pierwszy raz zapewniał Pan o wprowadzeniu ponadpolitycznego klucza obsadzania stanowisk i ostatnio przy okazji drugiej kadencji, gdy znów mówił Pan o merytorycznym kluczu. Wszystkie osoby na czele spółek Skarbu Państwa to Pan obsadził, a Pana ludzie swoich ludzi. Żadna decyzja personalna w największych spółkach nie była podjęta bez Pańskiej wiedzy. Niekiedy nawet dwukrotnie – kiedy zmieniali się Pana ludzie, zmieniali się też ludzie nowych ludzi. A to według anty-PiS-owskiego klucza, a to anty-Schetynowego. Jeżeli PSL otrzymało tu szczyptę swobody, to też wynikało to z politycznej kalkulacji szefa rządu. Ale skoro już Ministerstwo Rolnictwa, to dlaczego premierem nie obsadzić MSW, ZUS, policji, straży pożarnej, gdzie Skarb Państwa na nadużyciach przy informatyzacji stracił nie kilka milionów, ale 2 mld zł – tyle zakwestionowała UE w infoaferze. Tam również królowały nepotyzm i fatalne decyzje personalne. A przy okazji polecamy uwadze fotele szefów Ministerstwa Rozwoju Regionalnego czy Urzędu Kontroli Skarbowej, których 30 kontroli nie wykazało żadnych nadużyć przy organizowaniu przetargów IT w żadnej z instytucji publicznych. To nie brak nadzoru i czujnego oka premiera jest naszą zmorą, ale właśnie nadmiar politycznego nadzoru. Nadmiar, który pozwala nawet najbardziej oczywistym z prawnego punktu widzenia nadużyciom ukręcić łeb. Drobnymi „nieścisłościami” czy „filozoficznym” stosunkiem do życia nazwać zatajanie dochodów czy konflikt interesów polityków. Nadmierny udział państwa i polityków osobiście w gospodarce powoduje, że praktycznie każdy wielki projekt narodowy zamiast dumy zostawia niesmak.

Korupcja kwitnie… Obywatel żyje bidnie... Na scenie politycznej ludowców, zrobiło się gorąco wokół nagrania, jakie ujawnił „Puls biznesu” z rozmowy dwóch prominentnych czynnych polityków, Władysława Serafina i Władysława Łukasika. Obraz jaki jawi się z tych nagrań, nie odbiega zasadniczo od tego jaki przeciętny Obywatel ma o polskiej władzy. Tej władzy, która zniszczyła polski przemysł, polską gospodarkę czyniąc naród zakładnikiem biedy. „Wyprowadzanie pieniędzy z państwowych spółek zarządzanych przez PSL, traktowanie ich jak prywatnego folwarku i obsadzanie stanowisk swoimi“ – tak konstatuje tę rozmowę, se. A oto kilka cytatówz tej arcyciekawej rozmowy: Słuchaj, w Białymstoku to ja mu kryję, kurde, dupę po prostu. Ja tam pół milimetra nie zawiniłem… To kurde, żebyś wiedział, to pociotek tego, pociotek ministra tam był, nie mój… Marka?… Tak… Ja się dziwię, że minister to zrobił, bo normalnie biorąc to jakbym miał naturę bardziej złośliwą, to wysadzić w… On chce się tam okopać i uwłaszczyć. Tam w tej chwili jest około 80 milionów na koncie. Spółka jest warta, nie wiem, około 150-160 milionów, spółka ta Elewarr. To jest totalnie bezkarne, to ci mówię. Ja to trochę próbowałem hamować… to masz pierwszy sygnał… … i ten fundusz Sikorę użył jako słupa. Sikora jako federacja składa na sześć milionów z funduszy promocji pod hasłem: „Na kuchnię polską w czasie Euro”. – W tej chwili on (Andrzej Śmietanko – dyr. gen. Elewarru) to uważa, że to jest jego i tak to traktuje. Czyli jak coś to usługa faktura na mnie, na usługi prawne, na coś, jest parę firm. Piszą i wszystkie koszty są dozwolone. A i tak non stop wraca, nie wiem z San Francisco, jedzie do Meksyku, z Meksyku będzie wszystko jest na koszt Elewarru. Jedzie z żoną, jedzie z synem, jedzie z córką… – To co Andrzejek (Śmietanko – dyr. gen. Elewarru) lubi, za nic on sam nie odpowiada. On wnioskował o wynagrodzenie 50 tysięcy złotych miesięcznie. Ja mu tego nie mogłem podpisać, ale ten słup (Bronisław Tomaszewski – prezes Elewarru) mu podpisał. On sobie wpisał, że na przykład, że nie 1 procent udziału w zysku, a 3 procent będzie miał. Albo teraz to on uważa, że 10 procent powinien mieć. W ogóle, że te pieniądze, tam jest 90 mln na koncie – że to w ogóle wszystko jest jego. – SKL wcisnął tutaj, prawda, do Warszawy, do centrali z dziesięć co najmniej osób na stanowiska, wiesz, takie co nic nie robią. Siedzą tacy i nic nie robią. I mamy wielu w terenie wicedyrektorów. I to niby poszło, że to Platforma, a to właściwie była nie Platforma, tylko z PiS-u. – Teraz ich najbliższy wyjazd to będzie chyba z San Diego przez Kanał Panamski do Miami dwa tygodnie czy trzy… … Różnie, w różnych konfiguracjach. Czasami… Często był w składzie delegacji ministra, ale to nie znaczy, że uczestniczył w jakichś punktach programowych, to znaczy, że tylko był w składzie. A na punkcie mógł trzeźwieć, mógł coś robić, mógł coś innego, tak że to tak różnie mogło być. Więcej o tym Korupcja jest wszechobecna. Już gorzej być nie może. Ale jest drugi aspekt tej sprawy. Nie ulega wątpliwości, że za tym nagraniem stoi „ten trzeci”… Ktoś komuś „podstawił nogę” a może ktoś na kimś się zemścił… lub rzucił „na pożarcie”… Czy nie tak wyniszcza się przeciwników? I może już zaciera ręce i cieszy się na to co jutro jemu „w udziele” przypadnie? Wszak fortuna kołem się kręci… W portalach Obywatelskich pisze się o tym wprost, że za tym nagraniem stoi Waldemar Pawlak. W NE czytamy: Pawlak „czyści sobie partię” (parafrazując klasyczną już wypowiedź wicepremiera z „Nocnej zmiany”). Trafienie Sawickiego taśmą nosi wszelkie znamiona wojny przed jesiennymi wyborami prezesa PSL. Przypomnijmy: Sawicki był jedynym kandydatem, który poprzednio odważył s/h3pię wystartować przeciwko Pawlakowi ( „Polityczne dożynki” Jan Piński) Jakie będą polityczne żniwa tego negrania, czy to tylko płonie stodoła czy cała wieś – okaże się po wyborach. autor Sława Kornacka www.twojewiadomości.com.pl ___________________________________________________ A oto życiorys i polityczna kariera jednego z rozmówców. To, co rzuca się w oczy – tylko szkoła zasadnicza… a nominacje jak po doktoracie. Władysław Serafin (ur.24 lipca 1950 w Piasecznie) – polski polityk, związkowiec, rolnik, poseł naSejm X, I i II kadencji. W 1970 ukończył Zasadniczą Szkołę Zawodową w Warszawie. Pracował jako ślusarz remontowy w Polskich Zakaldach Optycznych. Prowadzi indywidualne gospodarstwo rolne. Od 1989 pełnił funkcję wiceprezesa Krajowego Zwiazku Rolników. Kólek i Organizacji Rolniczych, od 1999 stoi na czele tej organizacji. Był też wiceprzewodniczącym Komitetu Zawodowych Organizacji RolniczychUnii Europejskiej (COPA). Od 1969 do rozwiązania należał doPolskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. W latach 1975–1983 zasiadał w Miejsko-Gminnej Radzie Narodowej Góry Kalwarii. Jako przedstawiciel strony rządowo-koalicyjnej brał udział w obradach Okrągłego Stołu w podzespole do spraw środków masowego przekazu oraz grupie roboczej do spraw ustawy o związkach zawodowych rolników indywidualnych. W 1989 został wybrany posłem X kadencji z listy PZPR. Zasiadał w prezydium Parlamentarnego Klubu Lewicy Demokratycznej. W latach 1991–1997 był posłem I i II kadencji z ramienia Polskiego Stronnictwa Ludowego z województwa częstochowskiego. Bezskutecznie ubiegał się o mandat w Sejmie w 1997, 2001, 2005, 2007 i 2011. Od 1998 zasiadał w radzie powiatu kłobudzkiego, w 2006 nie został ponownie wybrany. W 2004 i 2009 bez powodzenia kandydował do Parlamentu Europejskiego. W 2010 po śmierci jednego z radnych wszedł ponownie w skład rady powiatu kłobuckiego, obejmując funkcję jej przewodniczącego. W wyborach samorządowych w tym samym roku zdobył mandat radnego sejmiku śląskiego. W 2011 kandydował w wyborach parlamentarnych z 1. miejsca na liście komitetu wyborczego Polskiego Stronnictwa Ludowego w okręgu wyborczym nr.28 w Częstochowie, jednak nie uzyskał mandatu poselskiego. Oddano na niego 6140 głosów (2,74% głosów oddanych w okręgu). Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski(1999). źródło: wikipedia Brytyjscy konserwatyści są coraz bliżej decyzji o rozpisaniu rereferendum na temat zmiany zasad członkostwa w Unii Europejskiej Artykuł opublikowany przez premiera Davida Camerona w niedzielnym wydaniu „Sunday Telegraph” nie pozostawia wątpliwości: do referendum „in-out” (jak w brytyjskim języku politycznym nazywa się kwestię pozostania lub wyjścia z UE) mogłoby dojść w roku 2015 (zapewne już po referendum na temat niepodległości Szkocji). Cameron ocenił, że Wielkiej Brytanii grozi, iż „unijne ustawodawstwo i biurokracja ją pogrążą. Dalsze zmiany w tym kierunku wymagać będą pełnego poparcia Brytyjczyków – zastrzegł. Jego zdaniem kwestie zagadnień społecznych, czasu pracy i spraw wewnętrznych nie powinny być elementem unijnego ustawodawstwa. Deklaracja Camerona związana jest zapewne ze szczytem unijnym, na którym zwyciężyła idea pogłębiania współpracy w UE (Brytyjczykom nie podoba się idea unii bankowej, a wcześniej Londyn zdecydował o pozostaniu poza unią fiskalną). – Im bardziej będzie się pogłębiać integracja europejska, tym bardziej wpływowe kręgi brytyjskie będą naciskać na referendum – mówi „Rz” dr Przemysław Biskup, politolog z Katedry Europeistyki UW. Aż 82 procent Brytyjczyków chce referendum decydującego o członkostwie w UEW ubiegłym tygodniu grupa prawie stu posłów Partii Konserwatywnej zaapelowała do premiera o przygotowanie ram prawnych w celu rozpisania referendum. Cameron nie może ignorować tych nastrojów we własnej partii ani w społeczeństwie (według sondaży z początku czerwca aż 82 proc. Brytyjczyków chce referendum). Coraz bardziej irytująca dla konserwatystów jest też ciągła kampania antyunijnej Partii Niezależności Zjednoczonego Królestwa (UKIP), która w wielu regionach Anglii staje się konkurencją dla prawego skrzydła konserwatystów. Z drugiej strony jednak rządowy koalicjant – Liberalni Demokraci, stoi na stanowisku, że Wielka Brytania powinna pozostać w UE. Wprawdzie w pierwszym głosowaniu parlamentarnym w październiku 2011 r. wniosek o rozpisanie referendum upadł, ale aż jedna trzecia konserwatystów – mimo zarządzonej dyscypliny – głosowała wówczas wbrew zaleceniom partyjnego kierownictwa. Brytyjczycy są zmęczeni polityką cięć i zwiększania obciążeń, a przeciwnicy członkostwa w UE tłumaczą im, że jako drugi unijny płatnik netto ponoszą koszty ratowania najsłabszych państw. Kampanię antyunijną prowadzi kilkadziesiąt organizacji związanych zarówno z konserwatystami, jak i z UKIP. Na stronie internetowej People’s Plegde (kampanii na rzecz referendum) zebrano już prawie 114 tys. podpisów. Do zerwania więzów z „biurokratyczną i niedemokratyczną” Brukselą nawołują regularnie wielkonakładowe tabloidy. Hugo Brady, ekspert londyńskiego Centre for European Reform, zwraca uwagę, że testem dla rządu Camerona będzie już w przyszłym roku decyzja odnośnie współpracy transgranicznej i prawnej. Londyn obawia się skutków rozszerzenia uprawnień Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, którego decyzje od 2014 r. zgodnie z traktatem lizbońskim w wielu obszarach mogą się stać wiążące dla prawodawstwa państw UE. Fala antyunijnych nastrojów pozwala przypuszczać, że brytyjscy parlamentarzyści zagłosują tradycyjnym „yay” dla decyzji o wycofaniu swojego kraju ze wspólnego systemu sprawiedliwości. To zaś oznaczałoby, że droga do rozluźnienia związków Londynu z Brukselą stoi otworem.

Przeczytaj więcej o: David Cameron, Londyn przeciwny podatkowi od transakcji finansowych, Uia Europejska, Wielka Brytania, strefa euro

Rzeczpospolita

Kraina ślepych kamer seawolf, 18 czerwca, 2012 – 19:52 mord Petelicki Blog Kiedyś Polska była znana, jako kraj płaczącycyh wierzb, malw, bo ja wiem, czego tam jeszcze, świerzopu i dzięciliny, co pała ( do dzisiaj nie wiem, o co Mickiewiczowi chodziło i czemu pała, ale nieważne), ale zdaje się, ze dzieki rządom Dolanda Tuska Polska zasłynie , jako kraj kamer, co nie sięgają tam, gdzie trzeba. Jak coś się dzieje, to zawsze tam, gdzie akurat nie sięga. I jak coś się dzieje, to w piątek wieczorem, żeby sekcję przeprowadzono w poniedziałek, gdy już to, co ma wywietrzeć wywietrzeje. I słusznie, po co jątrzyć i dzielić. Jak czytam, Romuald Szeremietiew ogłosił, że cieszy sie dobrym zdrowiem, ma plany na przyszłość i nie ma żadnych myśli samobójczych. Zresztą, sporo ludzi takie ogłoszenia publikuje pod rzadami Donalda Tuska, ja też w tej liczbie. Zupełnie przy tym nie mogę zrozumieć, co nami powoduje. No zupełnie, ale to zupełnie. Ta ironia spowodowana jest świeżą lekturą komentarzy blogowych lemingów, którzy powtarzają mechanicznie dokładnie te same kalki przy każdym przypadku, gdy sie ktoś zatańcowuje na śmierć tuż przed składaniem zeznań przypadkiem mogących obciążyć Prezydenta Komorowskiego, albo się przypadkiem zabija trzema strzałami w brzuch z dwóch metrów, albo się wiesza z powodu długów, po długim i barwnym życiu spedzonym w nieustających długach, albo, jak się wiesza na kablu od odkurzacza po rozmowie z ministrem Arabskim, a po ustaleniu planów na jutrzejszą Wigilię z żoną. Albo, jak się wiesza zapobiegliwie mając przy sobie wydruk z konta, żeby się już tak koledzy śledczy nie męczyli z identyfikacją, albo, jak parkują swój samochód, będąc już w stanie zaawansowanego rozkładu. Ale, Panie Romualdzie, jeśli Pan myśli, że to rozwiązuje sprawę, to jest Pan w tak zwanym „mylnym błędzie” . TERAZ, owszem, teraz tak Pan mówi, ale przecież może Pan nagle odkryć , że trawi Pana nieuleczalna choroba, ma pan początki choroby Alzheimera, nagle sie Pan dowiedział o czymś i szlus, idzie Pan gdzieś , gdzie nie sięga kamera, i trzask! Nie nagrało się, no, co za pech, więc nie można wykluczyć samobójstwa. Albo jedzie Pan sobie na wczasy do Indii, akurat przypadkiem 200 kilometrów dalej ćwiczą polscy komandosi z jakiejś okazji, ale to przypadek, oczywiscie, i po kolacji z przyjaciółmi taka Pana chandra ogarnia, albo żarcie takie podłe, że robi Pan to, co wszyscy w takiej sytuacji, idzie Pan do łazienki i się Pan wiesza. Normalka, o czym tu gadać, trzeba uszanować ból rodziny i intymnośc śmierci, Pańską decyzję i nie gadać o tym więcej. Chciał Pan, to się powiesił, trzeba to uszanować, nie tak, jak te hieny w internecie, co to gadają i gadają, nie mając dowodów. Pewnie po trupach chcą na Wawel, albo cóś. Albo syn nagle wariuje, tnie tatę piłą, wrzuca do jeziora, po czym zapomina o wszystkim. Taki rzeczy się zdarzają i przecież nie można przy każdej okazji grać trumnami. Trzeba uczcić minutą ciszy, jak już ktoś nakoniecznie chce i nie gadać o tym więcej, bo tego wymaga szacunek dla zabi… znaczy, tego, no, samobójcy. Ważne, zeby nie rozdmuchiwać i nie gadać. No, takich wariantów jest węcej, nawet nie musi to być coś tak dramatycznie i ostetntacyjnie zabawnego i sprzecznego ze zdrowym rozsądkiem. Bo, czy było coś dziwnego, że prawnicy i doradcy Andrzeja Leppera umierają? A co to, maja zyć wiecznie? Umierają, nic dziwnego, no może tylko to, że troje w tym samym roku i to w tym samym, co Andrzej Lepper. I w tym jedna z nich nagle w Moskwie ( no, to juz wielopokoleniowa tradycja, pojechali w futerkach, wrócili w kuferkach, już nawet przysłowia ludowe powstawały na ten temat, ale , to już od Iwana Kality i czasów mongolskich ). No, ale to na pewno przypadek, bo sie nie nagrała żadna osoba trzecia przy tym. Ani czwarta. Najstraszniejsze jest w tym coś, na co nikt nie zwrócił uwagi. Niezwykły upór i determinacja lemingów, by tych faktów nie widzieć, jak już zobacza, to nie kojarzyć związku, a jak już kojarza, to kwitować je parsknięciem śmiechem, jakie to śmieszne teorie spiskowe wymyslają te „gupie pisowskie oszołomy”. Poważnie, jeśli wykluczymy opcję, że oni tak służbowo, to pozostaje zdumiewające studium głupoty i zakłamania. I czegoś więcej, bo takie reakcje sa zauważone i zanalizowane. I brane pod uwagę przy planowaniu kolejnych „samobójstw”. Mordercy wiedzą, że zawsze jakaś część powie, że prawda leży pośrodku, że przecież nie wiemy na pewno, że nie ma świadków, że się nie nagrało, że po co mieliby coś takiego robić, no i w końcu, jak już nic innego nie zostaje, że muahahaha. Poważnie proponuję lemingom, by się zastanowili, czego i kogo bronią i w czym świadomie, czy nie, biorą udział. Czy seryjne samobójstwa mogłyby być bezkarnie kontunuowane na naszych oczach, gdyby choć w jednym przypadku przeprowadzono normalne śledztwo i nie zignorowano krzyczących przesłanek, że to wszystko było inaczej? Czy dajmy na to, przy zachowaniu proporcji, holocaust mógłby być spokojnie i metodycznie kontynuowany, gdyby pogłoski o metodycznych mordach nie były kwitowane parsknięciem śmiechem i niedowierzaniem? I cierpliwym tłumaczeniem, jak komu mądremu, że przecież po co, no, PO CO mieliby to Niemcy robić? Mając tyle potrzeb transportowych, poświęcając cenne wagony, paliwo, Zyklon tak potrzebny do desynfekcji obejść rolniczych, amunicję i pozbawiając się darmowej siły roboczej, tak przecież potrzebnej w przemyśle wojennym? Trzeba by być kompletnym, zaślepionym nienawiścią idiotą i oszołomem, by takie rzeczy rozpowszechniać. Oczywiście, nikt nie popiera nazistów, rozumiemy, trzeba zwalczać, ale są granice propagandy, których człowiek rozsądny i rozumny nie powinien przekraczać. A prawda leży pośrodku, między d.. a batem. Albo plotki o Gułagu, głupia imerialistyczna propaganda, nie wiadomo, czego to jeszcze zoologiczni antykomuniści nie wymyślą, żeby zohydzić państwo budujące pokój i socjalizm, szczęście dla wszystkich ludzi. No, były tam może jakieś wypaczenia, nadgorliwość, surowe warunki klimatyczne, ale to zostało potem surowo potępione, a ofiary zrehabilitowane. Przecież wiadomo, że Dzierzyński surowo napominał swoich czekistów, żeby przestrzegali regulaminu, nawet karę śmierci zniesiono. Albo Katyń, nie wiadomo, jak to do końca było, jedni mówią tak, inni inaczej, powinniśmy zajmować wyważone, centrowe stanowisko, tym bardziej, że się nie nagrało, kto strzelał, faktem jest jednak, że amunicję znaleziono niemiecką, a i nie jest wykluczone, ze przynajmniej cześć tych oficerów rzeczywiscie uciekła do Madżurii, jak poinformował towarzysz Stalin. My oczywiscie Stalina nie popieramy, ale i teorii spiskowych i bezmyślnych oskarżeń nie popartych dowodami powtarzać nie bedziemy. My nie mohery! P.S. Zachęcam do czytania felietonów w Freepl.info, oraz w GPC http://freepl.info/seawolf http://niepoprawni.pl/blogs/seawolf/ http://niezalezna.pl/bloger/69/wpisy Generałł Petylicki popełnił samobójstwo?Twórca Gromu, komandos wyszkolony w Stanach Zjednoczonych człowiek który powinien być odporny na stres popełnił samobójstwo w swoim garażu jeszcze się nie zaczęło śledztwo, a już wszędzie się pisze o samobójstwie. Inaczej jak z Panią Poseł Blidą. posłuchajcie co miał do powiedzenia w jednym z wywiadów. http://www.youtube.com/watch?v=pDRd8BH6aIQ

Posłuchaj rozmowy z Leszkiem Balcerowiczem, który mówi między innymi o koalicji antyroszczeniowej.

http://www.radioszczecin.pl/index.php?idp=29&idx=5947#

UJAWNIAMY. Jak władze Uniwersytetu Warszawskiego rzucają kłody pod nogi tym naukowcom, którzy chcą szukać prawdy w sprawie Smoleńska opublikowano: 1 kwietnia, 16:05

Na początku artykuł grupy naukowców Uniwersytetu Warszawskiego, który wysłali do uczelnianego kwartalnika „UW”. Warto przeczytać, bo sam w sobie jest tego wart: prof. dr hab. Lucjan Piela (WCh), dr hab. Leszek Plaskota (WMatIM), dr Piotr Romiszowski (WCh), prof. dr hab. Rafał Siciński (WCh), dr hab. Andrzej Sikorski (WCh), dr hab. Janusz Stępińsk (WFiz), dr hab. Leszek Z. Stolarczyk (WCh), prof. dr hab. Henryk Woźniakowski (WMatIM), prof. dr hab. Krzysztof Woźniak (WCh), mgr Adam Chajewski (WCh), prof. dr hab. Zbigniew Czarnocki (WCh), prof. dr hab. Edward Darżynkiewicz, (WFiz), prof. dr hab. Jan S. Jaworski, (WCh), prof. dr hab. Marek K. Kalinowski (WCh), prof. dr hab. Tadeusz M. Krygowski (WCh), prof. dr hab. Krzysztof Meissner (WFiz), dr Krzysztof Pecul (WCh), dr hab. Marek Pękała (WCh) Polska nauka ma obowiązki względem społeczeństwa polskiego, obowiązki, w których nikt jej nie może wyręczyć. Bezpośrednio po katastrofie smoleńskiej śledztwo prowadzono, jak powiedział były premier p. Włodzimierz Cimoszewicz, tak jakby była to sprawa włamania do garażu na Pradze. Teraz, po dwóch latach, ta ocena wydaje się niezasłużonym komplementem. Nie wykonano oczywistych procedur, nie przedstawiono wyników badań kinematycznych i laboratoryjnych, unika się jak ognia konfrontacji z wynikami niezależnych badań naukowych, za to ogłasza się domniemania, nawet bez żadnych podstaw, licząc na naiwność lub/i brak wiedzy obywateli. Nie ma to nic wspólnego z metodologią naukową. Nie możemy się na to zgodzić, bo to obraża nas przede wszystkim jako uczonych – przyzwolenie na to byłoby kompromitacją polskiej nauki, obraża nas także jako obywateli Rzeczypospolitej i Unii Europejskiej, obraża nas jako wolnych ludzi. Uczeni z dziedziny fizyki i wielu specjalności technicznych, widząc skrajny brak profesjonalizmu dotychczasowych postępowań, podjęli inicjatywę organizacji poprawnych metodologicznie i wykonalnych badań naukowych nad mechaniką zniszczenia samolotu. Nie interesuje ich polityka, ani wielka ani mała, sympatie polityczne takie czy inne, oni chcą zbadać metodami naukowymi coś, co od polityki w ogóle nie zależy: jak z punktu widzenia praw fizyki przebiegało to zdarzenie. Tej chęci wyświetlenia sprawy nie da się zatrzymać, także ze względu na niezwykłe możliwości dzisiejszej techniki. Nie może być tak, że w swojej prac y możemy badać najsubtelniejsze efekty i widzieć pojedyncze atomy, a nie jesteśmy w stanie zobaczyć i zidentyfikować mikrośladów… farby lotniczej na przekroju drzewa. Po prostu, zobaczmy, najstaranniej jak to możliwe, jak działały te same prawa przyrody, które codziennie wykorzystujemy w naszych badaniach. Nie wyobrażamy sobie uczonego, który powiedziałby, że te badania nie powinny być prowadzone. A dlaczego nie miałoby być wolno prowadzić takich badań? Każda katastrofa, jeśli jej przyczyny są wyjaśniane, jest nie tylko tragedią, ale także lekcją i bezcennym materiałem mogącym przyczynić się do poprawy bezpieczeństwa przyszłych lotów. Dla tych wszystkich, którzy bez badań naukowych wiedzieli już po kilku minutach, co się stało, będzie pouczającą obserwacja, jak naprawdę wygląda metodologia badań naukowych, zasady wnioskowania, jak następuje wyjaśnianie wątpliwości na drodze empirycznej, itd. Grupa inicjatywna profesorów mechaniki i fizyki z całej Polski chce zintensyfikować i skoordynować już prowadzone kompleksowe badania naukowe i poszukuje jak najszerszego poparcia profesorów i doktorów habilitowanych z zakresu nauk technicznych i ścisłych. To deklaratywne poparcie kompetentnego środowiska jest potrzebne dla uzyskania finansowania badań w wyspecjalizowanych jednostkach badawczych. Deklaracja profesorów i doktorów habilitowanych nauk ścisłych z UW (można zgłaszać się p. prof. Piotra Witakowskiego z AGH (…) byłaby bardzo ważna, bo pokazywałaby, że uczeni uważają, iż zdarzenie mechaniczne trzeba badać metodami naukowymi, a nie zostawiać ustalanie praw fizyki politykom. „Każdy ma w życiu swoje Westerplatte” – to słowa Jana Pawła II. To jest Westerplatte polskiej nauki, także nasze własne, osobiste Westerplatte badaczy: czy opowiadamy się za rozwiązywaniem problemów z dziedziny mechaniki czy chemii za pomocą badań naukowych czy prawda nas w ogóle nie interesuje. A jednak… publikacji w kwartalniku UW odmówiono pod wymyślonym powodem. Sprawa jakże symboliczna, pokazująca zarówno wciąż żywe niebezpieczeństwo cenzury, jak i wrogość części środowiska akademickiego do szukania prawdy o 10/04. Już po odmowie publikacji autorzy artykułu, który padł ofiarą cenzury, skierowali do Senatu Do Senatu Uniwersytetu Warszawskiego list protestacyjny. Warszawa, dn. 22 marca 2012 r. Do Senatu Uniwersytetu Warszawskiego na ręce Delegata Wydziału Chemii do Senatu p.prof.dra hab. Grzegorza Chałasińskiego Wysoki Senacie, sprawa, którą pragniemy przedstawić, dotyczy samej istoty uniwersytetu: wolności wypowiedzi w naszej społeczności. Dlatego decyzja Senatu Uniwersytetu Warszawskiego będzie miała znaczenie podstawowe nie tylko dla UW, będzie także na pewno punktem odniesienia w przyszłych historycznych ocenach wolności słowa w Polsce/ Grupa osiemnastu pracowników z trzech wydziałów Uniwersytetu Warszawskiego (Chemii, Fizyki oraz Matematyki, Informatyki i Mechaniki)) wysłała do redakcji naszego uniwersyteckiego kwartalnika „UW” krótki artykuł. Artykuł dotyczył inicjatywy profesorów różnych uczelni w Polsce, także naszej uczelni, aby oderwać się od jakiejkolwiek polityki, i wielkiej, i małej, i po dwóch latach zbadać mechanikę katastrofy smoleńskiej rzetelnymi metodami fizyki. Poinformowano nas, że nie możemy w ogóle liczyć na opublikowanie tego artykułu, gdyż „nie wpisuje się on w tematykę pisma”, która jakoby ma dotyczyć „rozmaitych aspektów funkcjonowania Uniwersytetu i zmian w szkolnictwie wyższym”. To stwierdzenie jest nieprawdziwe: po pierwsze, w piśmie znajdziemy artykuły spoza tej tematyki, po drugie, artykuł, podnosząc sprawy ważkie ogólnie, dotyczy roli naszej akademickiej społeczności (która również poniosła ofiary w tej katastrofie) wobec tych ważkich spraw, zgodnej z Misją UW. Odmowa publikacji tego artykułu (nie otrzymaliśmy odpowiedzi na nasz list – w załączniku) i to pod tak błahym i wątpliwym pretekstem, nie może być odczytana inaczej niż jako blokada swobody wypowiedzi na forum Uniwersytetu Warszawskiego (w tym przypadku profesorów, doktorów habilitowanych i innych pracowników, wśród nich kilki byłych dziekanów i prodziekanów). Naturalną droga postępowania, zwłaszcza w środowisku akademickim, jest dyskusja na argumenty („nie argument siły, ale siła argumentów”). Jest oczywiste, że można się z naszymi poglądami nie zgadzać, ale zarówno zgadzający się, jak i nasi koledzy niezgadzających się z nami mają prawo do wolności wypowiedzi w UW, to podkreśla z największą mocą oficjalny dokument uchwalony przez Senat: Misja UW. Oto jej fragmenty: „Uniwersytet jest wspólnotą dialogu. Wymiana poglądów, ścieranie się argumentów, otwartość na nowe idee i pomysły wiążą się tutaj nieodłącznie z respektowaniem odmienności i poszanowaniem godności osobistej. W ten sposób Uniwersytet rozwija umiejętności współpracy niezależnie od różnic politycznych, ideowych i wyznaniowych, tworzy też wzory debaty publicznej. (…) Przyjęta przez Senat Misja Uniwersytetu Warszawskiego jest zobowiązaniem dla wszystkich członków naszej akademickiej wspólnoty. Jest drogowskazem naszych działań oraz podstawą programową Uniwersytetu. Do niej winny się odnosić plany jego rozwoju oraz decyzje władz.” Zamiast dyskusji i dialogu z Misji UW otrzymaliśmy zapis cenzury wewnątrzuniwersyteckiej. Ten groźny precedens jest śmiertelnym zagrożeniem samej idei uniwersytetu, jest także bardzo wielkim zagrożeniem dla całego społeczeństwa. Ten przypadek to tylko papierek lakmusowy wolności wypowiedzi w Uniwersytecie. Jeśli taki sposób postępowania przejdzie w UW jako norma działań właściwych, to bez żadnej wątpliwości pojawią się zagrożenia na znacznie poważniejszą skalę, być może taką jaką znamy z przeszłości. Bardzo prosimy Wysoki Senat o wyrażenie swojego stanowiska nie tyle w sprawie tego niezwykłego incydentu (bo już ze względu na presję czasu skierowaliśmy publikację gdzie indziej), ale przede wszystkim w sprawie generalnej: odrzucenia cenzury w Uniwersytecie Warszawskim jako metody postępowania fundamentalnie niezgodnej z Misją UW. prof. dr hab. Lucjan Piela, były dziekan Wydziału Chemii UW dr hab. Leszek Plaskota, profesor UW, prodziekan Wydziału Matematyki, Inf. i Mech. UW dr Piotr Romiszowski – Wydział Chemii UW prof. dr hab. Rafał Siciński, Wydział Chemii UW dr hab. Andrzej Sikorski , Wydział Chemii UW dr hab. Janusz Stępiński, Wydział Fizyki UW dr hab. Leszek Z. Stolarczyk, Wydział Chemii UW prof. dr hab. Henryk Woźniakowski, były dziekan Wydziału Matematyki, Inf. i Mech UW prof. dr hab. Krzysztof Woźniak, Wydział Chemii UW mgr Adam Chajewski, Wydział Chemii UW prof. dr hab. Zbigniew Czarnocki, były prodziekan Wydział Chemii UW prof. dr hab. Edward Darżynkiewicz, Wydział Fizyki UW prof. dr hab. Jan S. Jaworski, Wydział Chemii UW prof. dr hab. Marek K. Kalinowski, były prodziekan Wydział Chemii UW prof. dr hab. Tadeusz M. Krygowski, były prodziekan Wydział Chemii UW prof. dr hab. Krzysztof Meissner, Wydział Fizyki UW dr Krzysztof Pecul, Wydział Chemii UW dr hab. Marek Pękała, Wydział Chemii UW Publikujemy także list prof. Lucjana Pieli do Jej Magnificencji Rektor UW prof. Katarzyny Chałasińskiej-Macukow: Warszawa, 7 III 2012 r. Droga Kasiu, Chciałbym Cię serdecznie prosić, żebyś jeszcze raz rozważyła Twoją decyzję, co do niepublikowania naszych artykułów w kwartalniku UW, póki sprawy stoją jeszcze w miejscu, póki jeszcze mamy do siebie przyjacielskie uczucia, póki jeszcze możemy wszystko włożyć w tory normalności i zapomnieć, że był jakikolwiek problem. Twoja decyzja to decyzja o ważnym charakterze ogólnym, a nie szczegółowym (dotyczących jednego czy dwóch artykułów): CZY WOLNO CENZUROWAĆ W UW WYPOWIEDZI (W TYM PRZYPADKU PROFESORÓW, DZIEKANÓW, PRODZIEKANÓW, POLSKICH NOBLISTÓW, ETC.) CZY NIE? Przecież to byłoby jak spoliczkowanie tych ludzi. Nasze wypowiedzi mogą Ci się nie podobać, choć dalibóg, chciałbym od Ciebie jako fizyka usłyszeć, z którym fragmentem naszego artykułu się nie zgadzasz. Jeśli tylko zechcesz, możemy to spokojnie przedyskutować. Ty czy także inni mogą nie podzielać naszych stwierdzeń, ale to jest całkiem inne zagadnienie: wtedy właściwą drogą jest polemika z nami na artykuły, nie możesz zabronić nam wygłaszania w UW naszych poglądów. Nawet więcej, nie wolno Ci tego robić. Przecież: „Siła argumentów a nie argument siły”, to dla Ciebie nie są chyba puste słowa? W „Solidarności” walczyliśmy przecież o to, aby cenzury nie było. Przypomnę, co zapisano w Misji UW: „Uniwersytet jest wspólnotą dialogu. Wymiana poglądów, ścieranie się argumentów, otwartość na nowe idee i pomysły wiążą się tutaj nieodłącznie z respektowaniem odmienności i poszanowaniem godności osobistej. W ten sposób Uniwersytet rozwija umiejętności współpracy niezależnie od różnic politycznych, ideowych i wyznaniowych, tworzy też wzory debaty publicznej. (…) Przyjęta przez Senat Misja Uniwersytetu Warszawskiego jest zobowiązaniem dla wszystkich członków naszej akademickiej wspólnoty. Jest drogowskazem dla wszystkich członków naszej akademickiej wspólnoty. Jest drogowskazem naszych działań oraz podstawą programową Uniwersytetu. Do niej winny się odnosić plany jego rozwoju oraz decyzje władz.” Jeśli taki sposób postępowania, który zarysowałaś, przeszedłby w UW jako norma właściwych działań, to bez najmniejszej wątpliwości pojawią się w UW i poza UW zagrożenia na dużo poważniejszą skalę, potem i Ty będziesz miała zakneblowane usta. Na UW patrzą oczy całej Polski. Jeśli Ty wprowadzisz cenzurę na UW, to nie przejdzie to bez echa, będzie huk w Polsce i Europie, także sygnał dla całego życia społecznego w Polsce. Po co masz występować w historii jako autorka cenzury? Nie bój się, Ty jesteś Rektorem tej uczelni, w uczelni ma być swoboda wypowiedzi, a Ty jesteś najważniejszą osobą w UW na jej straży. Mam nadzieję, że zrozumiesz wagę tego, o czym mówię, i że spokojnie wrócimy do normalności i zapomnimy o incydencie. Pozdrawiam Cię serdecznie Jak widzimy, metody działania władzy centralnej zainfekowały także najważniejszą polską uczelnię i niszczą uniwersytecki etos wolności i swobody wypowiedzi.

Bez komentarza

„Bendom” pałować to pewne!

W wywiadzie udzielonym „Stokrotce” Monice Olejnik, Bolek- Lech Wałęsa wezwał aby nie cackać się uczestnikami demonstracji, tylko ich…pałować!

Premier Tusk przestrzegł (w radiu RFM), że policjanci posiadają pałki i zrobią z nich użytek, gdyby demonstranci zaczęli protestować w czasie trwania mistrzostw Europy w piłce nożnej.

Pan Balcerowicz (w radiu RFM) nazwał demonstrantów….warchołami, a tych jak wiadomo z historii PRL-u należy pałować, najlepiej w tak zwanych „ścieżkach zdrowia”, co bardzo przypadło do gustu warchołom z Radomia w roku 1976.

O ile wymienieni wyżej obywatele postulują aby demonstrantów pałować rękoma funkcjonariuszy policji, to niejaki Stefan Niesiołowski (poseł na Sejm, wybitny specjalista od pyskowania) zabrał się do pałowania…osobiście. Na początek napadł on na dziennikarkę która chciała przeprowadzić z nim wywiad. Ponieważ nie posiadał on przy sobie pały, więc jak na damskiego boksera przystało, dziennikarkę tylko wyszarpał i zrugał.

Premier Tusk gdy tylko dowiedział się o bohaterstwie Niesiołowskiego, natychmiast nakazał mu aby ten przeprosił dziennikarkę. Domyślam się, że przeprosiny te bardziej skierowane mają być do policji, niż do dziennikarki. Napadając na dziennikarkę, Niesiołowski złamał prawo! Zamiast zatelefonować po policję aby to ona spałowała dziennikarkę, nie uczynił tego, tylko sam wymierzył sprawiedliwość, a takiej samowoli w państwie prawa realizującym zasady sprawiedliwości społecznej, się nie toleruje!

„Bendom” pałować -to pewne, gdyż każdy pasożyt którego nieszczęśliwy żywiciel próbuje pozbyć się z organizmu, walczy z warchołem który go żywi (a któremu jest to nie w smak) do upadłego!

„Bendom” pałować warchołów, jak za dobrych PRL-owskich czasów, zaś warchoły w najbliższych wyborach zagłosują na swoich „pałkowników”, bo tylko tyle posiadają rozumu: aby warcholić na ulicach, zaś później nadstawiać plecy do pałowania!!

Anthony Ivanowitz

Bez Komentarza

Co wolno wojewodzie to nie tobie smrodzie, czyli Solidarności nasza szkapa, 7 maj, 2012 – 10:47 Świat

Ewidentnie doszło do złamania prawa przez… . Ano właśnie, mamy do czynienia z tzw. prawem nie pisanym jak onegdaj: wiecie, rozumiecie… . Za komuny było podobnie, ale był też tzw. Zapis z ul. Mysiej gdzie o wszystkim decydowała wszechobecna Cenzura. Teraz niby jej nie ma oficjalnie, ale jest na telefon, sms czy e-mail. Tak więc warszawska prywatna firma, mająca wyłączność rozklejania na słupach ogłoszeniowych plakatów, będąca w nieciekawej sytuacji finansowej, tracąc tzw. płynność, podpisawszy umowę handlową na rozklejanie plakatów najbardziej znanego związku związku w Polsce, którego nazwę wystarczy oznaczyć literką „S”, odmawia wykonania usługi bo… . No cóż, przyjmujemy do wiadomości, że to plakaty z treściami antypaństwowymi, co ustalił ktoś tam w firmie, nie wiadomo kto z imienia i nazwiska. Załóżmy więc, że musiał to ogłosić przynajmnie ten kto tę umowę podpisał, a więc za firmę odpowiada i powinien działać na jej korzyść. Tu jednak mamy z czymś zupełnie odwrotnym. Dalczego tak się dzieje? Czy jest jakś kontrpropozycja biznesowa? Np. nie wiezajcie tych plakatów a my wam za to uregulujemy sprawy finansowe, jakiś kredycik, jakieś zlecenie – wiecie, rozumiecie… . A poza tym nie działa już art. (Krauzego) 585 ksh, a nasz minister sprawiedliwości i prokurator generalny, to wiecie, rozumiecie… . A jak „S” złozy pozew do sądu, zawiadomienie do prokuratury, to wtedy? Czekaj tatka latka, usłyszy z pewnością i będzie jak zwykle. Przyjrzyjmy się na moment wydarzeniu z 1 maja, gdy w pierwszych szeregach lewackiego pochodu niesiono transparenty z sierpem i młotem. Czy zareagował ktoś obligo z urzędu o popełnieniu przestępstwa? Nikt. Bardzo byłbym zaskoczony, gdybym w Niemczech zobaczył godła nazistowskie ze swastyką. Ale zawsze można zobaczyć plakaty i transparenty np. partii NPD (Die Nationale)co do których mogą mieć uwagi, a nawet pretensje, liczne grupy etniczne: muzułmanie, żydzi i jak zwykle Polacy. Sami popatrzcie: https://www.google.com/search?q=NPD+plakate&hl=p… Kogoś chcą poczęstować gazem, innych odesłać do domu na latających dywanach, a inwazję Polaków do Niemiec natychmiast zastopować. To wszystko można było oglądać i czytać na słupach ogłoszeniowych w całych Niemczech. Na tym polega właśnie demokracja i wolność słowa i gospodarki. Za naruszenie tego są ogromne kary. Ale tuż za granicą jest inna demokracja i inne wartości. W Polsce, po 10.04.2010, nastąpiła katastrofa sumień i wartości moralnych. Wykoleiła się świadomość narodowa. Przestała obowiązywać ustawa zasadnicza – Konstytucja RP. Prawem i sprawiedliwością zarządzają typy spod ciemnej gwiazdy, które wyrażają zgodę na sądy kapturowe, dziwne umorzenia ewidentnych przekrętów i afer korupcyjnych. Sieć mafijna, jaka oplotła polski wymiar sprawiedliwości, jest gigantyczna. Atrakcyjność inwestowania w Polsce sięga końcówki unijnego peletonu. Brak odpowiedzialności rządzących w tej samej jest kondycji. Postrzegani jesteśmy jako państwo, najbardziej nieodpowiedzialne i awanturnicze w UE. Cały czas te tendencje wzrastają. A ten przykład z plakatami, narodzi nowy i wszech ogarniający już zamęt. Na życzenie kogoś pozbawionego kompletnie wyobraźni politycznej zza biurka. Czyżby to palec Boży i najwyższy wymiar kary boskiej?

Tlił się jeszcze wrak, a Rosjanie już majstrowali przy prezydenckim telefonie

Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego odkryła, że tuż po katastrofie prezydenckiego tupolewa pod Smoleńskiem ktoś odsłuchiwał pocztę głosową telefonu komórkowego Lecha Kaczyńskiego (+61 l.)

Aparat uruchamiano trzy razy na terenie Rosji, 10 kwietnia 2010 roku o godzinie 10.46, czyli około dwóch godzin po tragedii, oraz dzień później – o godzinie 12.40 i 16.20. Jak zareagowały polskie władze? Prokuratura wojskowa uznała, że można tu mówić jedynie o dzwonieniu na cudzy koszt, a nie o wykradaniu informacji, i przekazała sprawę cywilnym śledczym. Ci zaś sprawę umorzyli, bo doszli do wniosku, że nie popełniono tu przestępstwa. – Z opinii ABW wynikało, że karta SIM współpracująca z telefonem komórkowym marki Nokia 6310i, należącym do Kancelarii Prezydenta, logowała się w sieci telefonii komórkowej Federacji Rosyjskiej – przyznaje w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” Dariusz Ślepokura, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie, która prowadziła dochodzenie w tej sprawie. Cywilni śledczy dostali materiały od prokuratorów wojskowych, którzy nie doszukali się tutaj żadnych nieprawidłowości. I podobnie jak wojsko w końcu umorzyli sprawę. Zaskoczenia taką decyzją nie kryją adwokaci rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej. – Rosjanie uruchomili ten telefon, odsłuchali pocztę głosową prezydenta i myślę, że nie szukali tam danych związanych z przyczynami katastrofy, tylko szukali tam zupełnie innych danych – mówi „Naszemu Dziennikowi” mecenas Piotr Pszczółkowski, reprezentujący w śledztwie smoleńskim Jarosława Kaczyńskiego (63

Orban naraził/h3 się wszystkim prócz Węgrów

Zewnętrzne ataki konsolidują Węgrów wokół Orbana – mówi Grzegorz Górny w rozmowie z PCh24.pl, podsumowując dwa lata, które minęły od zwycięstwa Fideszu na Węgrzech.

Jakie najważniejsze zmiany pociągnęło za sobą zwycięstwo Fideszu?

Po pierwsze, nastąpiło znaczne przesunięcie elektoratu na prawo, w stronę konserwatywną, co wynika ze skali rozczarowania rządami postkomunistów i doprowadzenia przez nich Węgier do bankructwa. Po drugie, zwycięstwo prawicy owocuje społecznym przyzwoleniem na dogłębną reformę kraju w bardzo wielu dziedzinach, czego wyrazem jest 365 nowych ustaw uchwalonych przez Fidesz na początku swego urzędowania. Najbardziej sztandarowym aktem i konsekwencją tych zmian było uchwalenie nowej Konstytucji która weszła w życie 1 stycznia tego roku.

Przesuniecie elektoratu w prawo i obdarzenie mandatem Orbana wynikało też z poczucia zażenowania i zniesmaczenia rządami Gyurcsanyego, który nie ukrywał, że w sprawowaniu władzy posługuje się kłamstwem i przemocą. Nastąpiło pragnienie moralnej i duchowej odnowy, wyrazem tego była akcja krucjaty modlitewnej w intencji ojczyzny, ogłoszonej przez episkopat węgierski do której akces zgłosiło półtora miliona Węgrów. Myślę, że trwałym tego świadectwem jest to, że choć minęło 2 lata, poparcie dla Fideszu jest tak wysokie, że mógł by on rządzić samodzielnie.

Czym spowodowana jest propaganda strachu przed Fideszem lansowana w Europie? Kto boi się tak podkreślanej przez Orbana suwerenności?

Premier naraził się wielu wpływowym grupom w Unii Europejskiej. Po pierwsze – europejskiej nowej lewicy, gdyż projekt budowy nowych Węgier na fundamentach chrześcijańskich i konserwatywnych idzie na przekór ofensywy ideologicznej nowej lewicy. Po drugie, naraził się wielkiemu kapitałowi, gdy obłożył podatkiem kryzysowym międzynarodowe korporacje, banki, firmy energetyczne, telekomunikacyjne i sklepy wielko powierzchniowe. Zahamował odpływ kapitału za granice i drenaż rynku węgierskiego. Naraził się też eurobiurokratom, gdyżPo co masz występować w historii jako autorka cenzury? Nie bój się, Ty jesteś Rektorem tej uczelni, w uczelni ma być swoboda wypowiedzi, a Ty jesteś najważniejszą osobą w UW na jej straży.nbsp; ma własną podmiotową wizję prowadzenia polityki Węgier, niekoniecznie podporządkowująca się dyrektywom płynącym z Brukseli. I te trzy wpływowe siły razem sprzymierzyły się w walce przeciw Orbanowi.

Czy uważa Pan, że zmiany które zaszły na Węgrzech mogą się rozprzestrzenić na inne kraje regionu, w tym Polskę?

Jeżeli Węgry pokażą, że im się udało, to może być to przykład dla innych krajów, który ośmieli je do podobnych kroków. Dlatego przeciwnicy Orbana boją się, że ten przykład może być zaraźliwy i w tak intensywny sposób protestują przeciw niemu.

Jak węgierska opinia publiczna reaguje na lewacką propagandę skierowaną przeciw Orbanowi?

Wszelkie ataki z zewnątrz jeszcze bardziej integrują Węgrów. Zauważmy, że największa manifestacja na Węgrzech, jaka odbyła się od 1956 roku to wiec poparcia dla Orbana, wkrótce po tym jak został on zaatakowany w siedzibie Parlamentu Europejskiego. Jak duży wpływ ma Orban ma scenę polityczną Węgier pokazuje fakt, że nawet kiedy Komisja Europejska odebrała fundusze Węgrom, protestowała przeciwko temu również lewica, czyli ideowi przeciwnicy Orbana. Można śmiało powiedzieć, że ataki na Orbana konsolidują Węgrów wokół jego osoby.

Rozmawiał Łukasz Karpiel

2 maja – Święto Flagi Rzeczypospolitej Polskiej

Flaga jest jednym z trzech oprócz Orła białego i Mazurka Dąbrowskiego symboli Rzeczypospolitej Polskiej. Są one szczególnie ważne dla każdego Polaka. Wyjątkowa rola tych symboli ukazywała się dobitnie w czasach rozbiorów, wojen i komunistycznego zniewolenia po II wojnie światowej. W bliższych nam czasach widzieliśmy morze biało-czerwonych flag w czasie demonstracji stanu wojennego, a ostatnio podczas licznych marszów w obronie wolnych mediów i TV Tr wam. Biel i czerwień w charakterze barw narodowych pojawiły się w 1792 r. podczas obchodów pierwszej rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 Maja. Biało-czerwone barwy ustawowo zostały skodyfikowane uchwałą Sejmu Królestwa Polskiego z 7 lutego 1831 r. podczas Powstania Listopadowego. Biało-czerwone kokardy nosili powstańcy krakowscy w 1846 r. Od początku lat 60-tych XIX w. noszono również biało-czerwone opaski na rękawach. Pierwszą polską masową demonstracją, podczas której niesiono biało-czerwone flagi był warszawski pochód z okazji 125 rocznicy Konstytucji 3 Maja w 1916 r. Sejm odrodzonej Polski potwierdził biało-czerwone barwy ustawą z 1 sierpnia 1919 r. Jedno z najbardziej patriotycznych ujęć polskiej flagi widnieje na plakacie z Powstania Warszawskiego „Do broni w szeregach AK”. Kiedy po drugiej wojnie światowej z pomocą sowietów władzę przejęli komuniści flagi biało-czerwonej nie zakazali, ale aż do obrzydzenia eksponowali flagi czerwone – symbol komunizmu. Było to jednak powodem, że biało- czerwone flagi potwierdziły swój narodowy charakter i pojawiały się stale do końca PRL-u podczas wszystkich demonstracji i antykomunistycznych wystąpień. Dumnie niesiono je w 1956, 1970, 1976 i podczas masowych strajków w 1980 r. Obecność biało-czerwonych flag dodawała Polakom otuchy i poczucia wolności. Szczególnie symboliczne było podjęcie biało-czerwonego sztandaru przez trzynastoletniego Romka Strzałkowskiego od rannej tramwajarki podczas dramatycznej poznańskiej demonstracji w 1956 r. Trzynastoletni Romek Strzałkowski zginął chwilę później od strzału w klatkę piersiową… Dumnie nosimy biało-czerwony sztandar. Świadomi jesteśmy jednak także zagrożeń. Bojkotowane w czasie PRL-u przez wolnych Polaków komunistyczne święto 1 maja nabrało w 2004 roku nowego znaczenia. Weszliśmy wtedy do Unii Europejskiej. Choć artykuł 28 Konstytucji wyraźnie mówi, że „barwami Rzeczypospolitej Polskiej są kolory biały i czerwony” to jak łatwo zauważyć flaga UE stopniowo wypiera biało-czerwoną. Wolność nie została wywalczona raz na zawsze. Dziś świętujemy, ale świadectwo naszego patriotyzmu powinniśmy dawać każdego dnia, abyśmy się nie obudzili w kraju, w którym biało-czerwona flaga stanie się tylko pamiątką utraconej suwerenności a nawet niepodległości. Robert Pieńkowski

Wolne media?

Ile osób wzięło udział w sobotnim marszu w obronie TV Trwam w Warszawie?

Wydarzenia Polsat.

Przemilczane nie wspomniano o tym ani przez chwilkę za to przedstawiono między innymi relacje z czynu społecznego na Białorusi tzw. Subotnik.

Fakty TVN

Przerobiono ten marsz na smoleński z informacja o tym jak to wzywa J. Kaczyński, Z Ziobrę do jedności. Według TVN wzięło w nim udział kilka tysięcy osób.

TVP3

Informacja o marszu w obronie TV Trwam była podana.

Na pasku podawano informację, że bierze w nim udział, i tu informacje się zmieniały

W początkowej fazie podawano, że kilkanascie tysięcy by docelowo podać, że około 20 tysięcy.

Wiadomości TVP

Podano informacje prawidłowo w jakiej sprawie odbywa się ten marsz, według TVP wzięło w nim udział kilkadziesiąt tysięcy ludzi.

Niepoprawni.pl

Według Blogerów na tym portalu w marszu wzięło udział od 80 do 120 tysięcy ludzi

Przyjęta przez Senat Misja Uniwersytetu Warszawskiego jest zobowiązaniem dla wszystkich członków naszej akademickiej wspólnoty. Jest drogowskazem naszych działańspan style=”mso-spacerun: yes;” oraz podstawą programową Uniwersytetu. Do niej winny się odnosić plany jego rozwoju oraz decyzje władz.”p

Bardzo wiele informacji dotyczących okoliczności wypadku Tu-154 M okazało się nieprawdziwych

Pijany generał, skonfliktowany z załogą przymusza pilotów do lądowania w ciężkich warunkach atmosferycznych – to obraz przyczyn katastrofy smoleńskiej utrwalony w światowej opinii publicznej. Dwa lata po tragedii, jaka rozegrała się nieopodal lotniska Siwiernyj, bez trudu można stwierdzić, że wiele tez dotyczących okoliczności tej katastrofy okazało się nieprawdziwych. 1 Pierwsze kłamstwo pojawiło się tuż po katastrofie. Mówiło o czterokrotnej próbie lądowania podjętej mimo fatalnych warunków atmosferycznych. Nie utrzymało nawet w raporcie Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego (MAK). Komitet pod przewod/pnictwem Tatiany Anodiny przyznał, że piloci tylko raz podchodzili do lądowania. MAK i polska komisja ministra Millera mają jednak inne zdanie na temat manewru, podczas którego doszło do katastrofy. Polska komisja uznała, że nie było to lądowanie, lecz tzw. podejście próbne mające na celu sprawdzenie warunków lądowania. Kłamstwem okazały się twierdzenia, że załoga Tu-154M nie znała rosyjskiego i nie mogła porozumieć się z wieżą. 2 Rola dowódcy sił powietrznych podczas manewru próbnego podejścia do lądowania według MAK była jedną z istotniejszych przyczyn katastrofy „Obecność w kabinie załogi w trakcie podejścia do lądowania osób postronnych z kręgu ludzi towarzyszących Głównemu Pasażerowi, na pewno zwiększyła napięcie i odwróciła uwagę załogi od wykonywania swoich obowiązków” – oskarżał raport MAK. Komisja Millera była trochę łagodniejsza. „Elementem presji pośredniej była obecność Dowódcy Sił Powietrznych w kabinie załogi, gdyż w świadomości dowódcy statku powietrznego mogła pojawić się obawa o ocenę jakości wykonania przez niego podejścia do lądowania” – napisano w polskim raporcie. Tymczasem, jak pierwsza ujawniła „Rz”, biegli z Instytutu Ekspertyz Sądowych im. Sehna w Krakowie nie zidentyfikowali głosu gen. Błasika w kokpicie. Kwestie, które MAK i Komisja Millera przypisały Dowódcy Sił Powietrznych, wypowiadał II pilot Robert Grzywna. Fakt ten miał dodatkowe znaczenie, bo II pilot robił to, co do niego należało, a w dodatku wbrew twierdzeniom MAK podawana przez niego aktualna wysokość zgadzała się z rzeczywistą. Mimo tego odkrycia tezy zarówno raportu Millera, jak i Anodiny pozostały do dziś niezmienione. Już po ujawnieniu ekspertyzy Instytutu im. Sehna Jerzy Miller bronił raportu. – To nie ja twierdzę, że pan gen. Błasik był w kokpicie, tylko ciało gen. zostało znalezione w kokpicie po katastrofie i w związku z tym to nie wymaga dowodu ze strony komisji – mówił. Sęk w tym, że kokpit uległ całkowitej destrukcji. Dlatego Miller tłumaczył, że o obecności gen. Błasika w kabinie pilotów miał świadczyć fakt, że jego ciało znaleziono w pierwszym sektorze. – Sektor 1 to kokpit – stwierdził Miller, dodając, że znaleziono w nim ciała innych członków załogi. Kłam temu zadała prokuratura, stwierdzając, że w sektorze 1 znaleziono ciała aż 12 osób (tyle by się nie zmieściło w kokpicie) i było tam jedynie ciało jednego członka załogi – nawigatora Artura Ziętka. Pozostałe ciała należały do generalicji. To może sugerować, że Błasik siedział w ostatniej fazie lotu z innymi generałami na wyznaczonym mu miejscu. Do dziś nikt nie przyznał się do rozpoznania głosu gen. Błasika. O identyfikację jego głosu nigdy nie została poproszona żona. 3 Rodzina gen. Błasika musiała też się zmagać z podaną przez MAK informacją, że w ostatniej fazie lotu miał być pijany. Opierała się ona na raporcie, że we krwi generała stwierdzono 0,6 promila alkoholu. Świtowej sławy medyk sądowy prof. Michael Baden, który gościł niedawno w Polsce, stwierdził jednoznacznie, że przy takiej ilości alkoholu nie można mówić o tym, że generał był pijany. Był jednocześnie niezmiernie zdziwiony, że śladów alkoholu nie wykryto w wątrobie generała – Jeśli był we krwi, powinien być też w wątrobie. To może świadczyć, że krew i wątroba nie należały do tej samej osoby – mówił. Polscy specjaliści stwierdzali zaś, że tak mała ilość alkoholu wykryta we krwi może świadczyć, że miał on charakter endogenny, czyli utworzył się wskutek procesów zachodzących po śmierci. Jednak polskie władze nie dysponują żadnymi własnymi wynikami badań na ten temat. Bardzo wiele informacji dotyczących okoliczności wypadku Tu-154 Mokazało się nieprawdziwych Wbrew twierdzeniom ówczesnej minister zdrowia, a dziś marszałek Sejmu Ewy Kopacz, polscy specjaliści, którzy przylecieli do Moskwy, nie zostali dopuszczeni do sekcji zwłok ofiar katastrofy smoleńskiej. Podobnie nieprawdziwe okazały się obrazowe słowa minister o p/przekopaniu miejsca katastrofy i przesianiu ziemi na metr w głąb. 4 Do dziś nie potwierdziły się też informacje podane przez „Gazetę Wyborczą”, a podchwycone przez inne media, o rzekomej kłótni, jaka miała miejsce między dowódcą tupolewa kpt. Arkadiuszem Protasiukiem a generałem Błasikiem. Według doniesień kłótnia miała zostać nawet utrwalona na taśmie kamery przemysłowej. Nic z tych doniesień się nie potwierdziło. Prokuratura jednoznacznie stwierdziła, że nie ma żadnej taśmy, na której widać byłoby rzekomą kłótnię. Nie potwierdził tego też żaden ze świadków. 5Kompletnymi wymysłami okazały się też doniesienia, mające potwierdzać naciski na załogę oraz brawurę pilotów. W stenogramach instytut Sehna nie było słów przypisywanych załodze – „jeśli nie wyląduje, to się wścieknie”, „wkurzy się” (w domyśle prezydent), „tak lądują debeściaki”.

Jak minister Nowak PKP naprawiał

1. Wczoraj minister transportu Sławomir Nowak ogłosił, że rada nadzorcza grupy PKP dokonała zmian w zarządzie głównej kolejowej spółki, powołując nowy 3 osobowy zarząd składający się z jednego z najbliższych współpracowników Balcerowicza, Jakuba Karnowskiego, dotychczasowej prezes Marii Wasiak i dotychczasowego ekonomisty w firmie Ernst&Young Piotra Ciżkowicza.
W ten sposób ruszyła zapewne karuzela kadrowa w spółkach grupy PKP, tyle tyl/pko, że kolejne odwołania i powołania będą odbywały się już bez tak wielkiego rozgłosu i konferencji prasowych ministra. Te wczorajsze powołania i odwołania miały być okazją do pokazania ministra Nowaka jako człowieka z wizją, który nie boi się radykalnych zmian kadrowych, byle tylko polska kolej się rozwijała. 2. Okazuje się jednak, że ta zmiana została przeprowadzona w sposób, który na pewno kosztuje nas podatników spore pieniądze, miał być robiony według światowych wzorców, a wyszło zwyczajnie po kumotersku. Otóż resort wynajął za duże pieniądze firmę headhunterską, która miała wyszukać najlepszych kandydatów do zarządu PKP ale okazuje się, że już w styczniu tego roku minister Nowak, obiecał stanowisko prezesa PKP, wspomnianemu Jakubowi Karnowskiemu. Na starym zarządzie minister nie zostawił suchej nitki, a wiceprezesem nowego została poprzednia prezes spółki PKP Maria Wasiak, która zresztą w tym zarządzie przepracowała ostatnie klika lat i jak najbardziej zasadne jest pytanie skoro to był zarząd bardzo zły, to dlaczego dla jego prezesa znalazło się miejsce w nowym (czyżby chodziło o silne polityczne i osobiste powiązania byłej już Pani prezes z czołowymi politykami Platformy). Członkowie zarządu będą teraz mieli wynagrodzenia 3-4 razy wyższe niż ich poprzednicy, ponieważ będą zatrudnieni na kontraktach menadżerskich. Widać że ministrowie z Platformy uwielbiają takie kontrakty dla swych dobrych znajomych, a ich skutki my podatnicy, mogliśmy już odczuć ,kiedy odchodził prezes spółki Narodowego Centrum Sportu, Rafał Kapler. Wtedy dowiedzieliśmy się, że na takich kontraktach wynagrodzenia po 20 tysięcy złotych miesięcznie, to normalka no i są jeszcze dodatkowo kilkuset tysięczne premie za sukces, przy czym ten ostatni jest najczęściej niezdefiniowany. 3. Nowy zarząd ma się zająć poprawą wykorzystania środków europejskich (do tej pory został rozliczony zaledwie 1% z nich), choć według raportu Komisji Europejskiej już na pewno Polska nie wykorzysta 400 mln euro środków na kolej, a może być jeszcze gorzej i poziom tych start może sięgnąć 1,8 mld euro. PKP ma 4,5 mld zł długów i te zobowiązania wręcz uniemożliwiają jej działalność w tym wykorzystywanie środków europejskich, bo jak brakuje środków na bieżące wydatki, to skąd mogą się znaleźć środki chociażby na 15% wkład własny. Nowy zarząd ma te środki pożyczać na rynku, a ponieważ koleje ciągle jeszcze mają sporo majątku, więc już niedługo może się okazać, że ten majątek jest zastawiony w różnych bankach, a wtedy prywatyzacja różnych spółek kolejowych będzie już tylko formalnością. Zdaje się, że nowy prezes wręcz specjalizuje się w tego rodzaju operacjach. 4. Przy takim podejściu te najlepsze kąski z polskich kolei, znajdą się w rękach zagranicznych inwestorów, a to co wymaga dużych inwestycji w dalszym ciągu zostanie na garnuszku biednego państwa. Poważnie się obawiam czy nowy prezes PKP dostał zadanie rozwoju kolei czy raczej regulowania starych długów, przy pomocy wyprzedaży majątku. Redukowane zapewne będą także koszty przy pomocy kolejnej fali zwolnień grupowych, bo fachowcy od Balcerowicza w zasadzie potrafią prowadzić tylko tego rodzaju operacje: masowe zwalnianie pracowników i wyprzedaż majątku. Za jakiś czas pewnie się okaże, że kolej w Polsce jest już dochodowa tyle tylko ,że obsługuje 2 linie jedną z północy na południe, drugą z zachodu na wschód, a pozostałe części naszego kraju mają sobie radzić bez kolei.

TUSK WYRZUCIŁ 60-letniego fotografa Grzegorza Rogińskiego, bo BYŁ ZA STARY

Premier Donald Tusk wyrzucił z Kancelarii Premiera swojego nadwornego fotoreportera Grzegorza Rogińskiego, który skończył wczoraj 60 lat i do przejścia na emeryturę brakowało mu jedynie pięć lat. Powodem takiej decyzji miała być likwidacja stanowiska. Okazało się jednak, że to stanowisko zlikwidowano fikcyjnie. Zdjęcia premierowi robi teraz młodszy fotograf, tyle że jako zewnętrzna firma. Krzysztof Rogiński był fotografem premiera Donalda Tuska od lutego 2008 r. Z szefem rządu jeździł na konferencje prasowe, w krajowe i zagraniczne delegacje służbowe, był te/strongp class=”MsoNorm/spanal”h2ż obecny na posiedzeniach rządu. Ten wybitny fotoreporter, laureat nagrody World Press Photo, zarabiał w Kancelarii Premiera ok. 3,5 tys. zł. Na początku lutego poinformowano go, że jego stanowisko zostaje zlikwidowane. Do 31 maja br. Rogiński jest na wypowiedzeniu. - Moi przełożeni powiedzieli mi, że nie znają szczegółów rozstania się ze mną. Zrozumiałbym, gdyby do mojej pracy były jakieś zastrzeżenia. Ale nie było żadnych. Byłem zaskoczony… – mówi nam Grzegorz Rogiński. Niedługo później okazało się, że premier ma nadal robione zdjęcia, ale przez nowego fotografa. Kancelaria Premiera zaczęła zlecać je zewnętrznej firmie. – Słyszałem, że zdjęcia premierowi na umowę-zlecenie robi teraz Maciej Śmiarowski, który ma firmę – dodaje Rogiński.

Polska na emeryturze

Krzysztof Feusette 25-03-2012, Jakże szczęśliwy musi być naród, który żyje wyłącznie odległą przyszłością Podniesienie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn do 67 lat jest konieczne – tłumaczy pan premier – bo w przeciwnym razie już w roku 2040 będziemy mieli w Polsce emerytury głodowe. Według moich z kolei informacji – głodowe emerytury miliony Polaków pobierają już teraz. Wystarczy przejść się do najbliższego spożywczego, by zobaczyć, jak wygląda dziś, nie w 2040 r., koszyk polskiego emeryta. Niestety, jemu rząd pomóc nie umie, mało tego – gdy już próbuje, okazuje się, że leki miały stanieć, a zdrożały, za gaz trzeba płacić jak za zboże, a jajka na Wielkanoc stały się luksusem, bo kosztują dwa razy więcej niż kilka lat temu. Całe szczęście, że naszego emeryta nie stać na kupno choćby starego gruchota, bo na stacji benzynowej musiałby chyba żebrać. No, ale to dzisiaj, a rząd się owym „dzisiaj” nagle przestał interesować i wybiega w przyszłość o 28 lat. W tym czasie może się wydarzyć niemało. 28 lat temu za działalność opozycyjną aresztowano ukrywającego się od wprowadzenia stanu wojennego Bogdana Lisa, wydano wyrok śmierci na Ryszarda Kuklińskiego, a reżim komunistyczny uznał, że skoro Rosjanie bojkotują olimpiadę w Los Angeles, polscy sportowcy też na nią nie pojadą. Protestowano przeciwko usuwaniu krzyży ze szkół, a kilka miesięcy później Służba Bezpieczeństwa zamordowała ks. Jerzego Popiełuszkę, wcześniej opluwanego przez rzecznika rządu Jerzego Urbana. Dziś Urban chadza po zaprzyjaźnionych radiach i telewizjach, by obrażać Jana Pawła II, mówiąc: „Wojtyła to jest Pan Nikt. To jest drugorzędny krakowski aktor”. Stare przysłowie o tym, co robi jedna świnia drugiej świni, jest tu chyba na miejscu, bo nie wyobrażam sobie, by normalny dziennikarz mógł zapraszać do rozmowy istotę żywcem wyjętą z „Folwarku zwierzęcego” Orwella. Powie ktoś, że nabijając się z proroctw partii rządzącej dotyczących roku 2040, popełniam błąd krótkowzroczności i nie rozumiem, że już dziś trzeba o tej przyszłości myśleć. Myślmy zatem, liczmy i dyskutujmy, a nie – jak ob2. Okazuje się jednak, że ta zmiana została przeprowadzona w sposób, który na pewno kosztuje nas podatników spore pieniądze, miał być robiony według światowych wzorców, a wyszło zwyczajnie po kumotersku.ecnie – przerzucajmy się głodnymi kawałkami o głodowych emeryturach. Jeżeli prezydent Komorowski, otwierając debatę o reformie emerytalnej, potrafi stwierdzić, że „nie dotknie ona dzisiejszych 40-latków”, to znaczy, że nawet głowa państwa nie ma dziś zielonego pojęcia o założeniach tej wspaniałej reformy. Uważam Rze z portalu wnp.pl

P. Duda, Solidarność: nie damy się lekceważyć

- Chciałbym, by rządzący, oprócz statystyk i sondaży, dostrzegali też człowieka mającego swą godspan style=”text-decoration: underline; „ność i swoje potrzeby – mówi Piotr Duda, przewodniczący Solidarności, w rozmowie z Jerzym Dudałą.

/p

- Jak ocenia pan obecne relacje na linii rząd-związki zawodowe? – Tych relacji po prostu nie ma. Komisja Trójstronna legła w gruzach. To w głównej mierze wina rządu, który zrobił sobie z niej punkt informacyjny, w którym ogranicza się do powiadomienia o tym, co zamierza zrobić. Albo rząd robi to celowo, albo też zupełnie nie orientuje się, na czym polega dialog społeczny. Szczególnie widać to było w ostatnich kilkunastu miesiącach. Przykładowo wicepremier i minister gospodarki Waldemar Pawlak podpisywał podczas obrad Komisji Trójstronnej uchwały w imieniu rządu. A później nie były one akceptowane przez Radę Ministrów. A zatem coś jest nie tak. Wygląda na to, że w samym rządzie brakuje dialogu i zaufania. - Najwyraźniej wicepremier Pawlak nie ma siły przebicia i jego głos jest ignorowany. – Na to wygląda. Dialog społeczny lepiej wyglądał za rządów Prawa i Sprawiedliwości. Choć wcale różowo nie było. Najważniejsze z punktu widzenia pracowników resorty były w rękach Samoobrony, która niekoniecznie była prospołeczna. Tak to u nas jest, że najważniejsze resorty są oddawane mniejszym koalicjantom. Platforma Obywatelska dała resort gospodarki Polskiemu Stronnictwu Ludowemu. Więc niech teraz mu nie przeszkadza. Do tej pory tylko wystawiała Pawlaka na krytykę. Jeżeli wicepremier i minister gospodarki podpisuje się pod uchwałą Komisji Trójstronnej, a potem ta uchwała nie przechodzi, świadczy to źle o rządzie. Dialog społeczny to przeszłość. Rząd lekceważy partnerów społecznych, potrafi w ostatniej chwili przysłać nam zawiadomienie, że kolejnego dnia jest spotkanie dotyczące danej problematyki. Pewnie dlatego, byśmy nawet nie zdołali się na tym spotkaniu pojawić. - Co pan zamierza zrobić w takiej sytuacji? – Jeżeli nie da się rozmawiać, to sięgniemy po inne narzędzia i zmusimy rząd do prowadzenia dialogu. W jaki sposób? Choćby poprzez wykorzystanie Europejskiej Konfederacji Związków Zawodowych. Jako wiceprzewodniczstrongący EKZZ mam zamiar mówić o sytuacji w Polsce na forum międzynarodowym. Chcę też porozmawiać na ten temat z przewodniczącym Parlamentu Europejskiego. Tak dalej bowiem być nie może. Rząd musi wrócić do stołu rozmów. Nie wolno lekceważyć związków zawodowych. Jesteśmy istotnym elementem systemu demokratycznego, reprezentujemy setki tysięcy pracowników.

Rząd obracając się plecami do Solidarności, tak naprawdę obraca się plecami do całego świata pracy.- Czy, pańskim zdaniem, rząd PO-PSL jest antyzwiązkowy?- Zdecydowanie tak! Jest antyzwiązkowy i antypracowniczy. To wynika też z charakteru samej Platformy Obywatelskiej.To partia liberalna, w której nie brak też skrajnych neoliberałów, dla których liczą się jedynie wykresy, liczby, a nie człowiek.
Dla Powie ktoś, że nabijając się z proroctw partii rządzącej dotyczących roku 2040, popełniam błąd krótkowzroczności i nie rozumiem, że już dziś trzeba o tej przyszłości myśleć. Myślmy zatem, liczmy i dyskutujmy, a nie – jak obecnie – przerzucajmy się głodnymi kawałkami o głodowych emeryturach.nich pracownik jest przedmiotem, a nie podmiotem. Tym większy żal, że nie powstała przed laty koalicja PO-PiS. Być może wówczas byłaby równowaga między społeczną gospodarką rynkową i ideologią liberalną. - Ale PO-PiS nie powstał i nie ma co do tego wracać. Obecnie podziały w Polsce są tak ogromne, że wielu socjologów wskazuje, iż żyją u nas obok siebie dwa odrębne społeczeństwa. W sferze gospodarki jedni to wyznawcy wolnego rynku, prywatyzacji, a drudzy domagają się solidaryzmu i przeciwstawiają wyprzedaży polskich przedsiębiorstw. Tak to jest? – Tak przynajmniej to wygląda, patrząc na wynik wyborów.- Ale PO-PiS nie powstał i nie ma co do tego wracać. Obecnie podziały w Polsce są tak ogromne, że wielu socjologów wskazuje, iż żyją u nas obok siebie dwa odrębne społeczeństwa. W sferze gospodarki jedni to wyznawcy wolnego rynku, prywatyzacji, a drudzy domagają się solidaryzmu i przeciwstawiają wyprzedaży polskich przedsiębiorstw. Tak to jest? Ale nie dziwmy się podziałom społeczeństwa, skoro nawet rząd jest wewnętrznie podzielony, choćby w sprawie prywatyzacji. Wicepremier Pawlak mocno krytykował prywatyzację Lubelskiego Węgla Bogdanka, ale nie miał wpływu na jej przebieg. Niepokój wywołuje zamysł przekazania nadzoru nad spółkami węglowymi z resortu gospodarki do skarbu. - Możliwa jest fala niepokojów społecznych i protestów w Polsce? – Niestety, tak. Jeżeli rząd nie zmieni swego postępowania, to w Polsce dojdzie do protestów. Dlatego, że rząd premiera Tuska zachowuje się tak, jakby nikt nie mógł mu już w niczym przeszkodzić. Wydaje mu się, że może robić wszystko, co tylko zechce. Jeżeli nadal tak będzie, to dojdzie u nas do protestów na dużą skalę. Sytuacja pracowników jest bowiem coraz gorsza, a arogancja władzy coraz większa. - Czy w Polsce demonizuje się związ/h2ki zawodowe? – Oczywiście, że tak. Rząd Tuska cały czas „mówi Jaruzelskim”. Mamy film o śląsko- dąbrowskiej Solidarności z lat 80., pokazujący jedną z manifestacji. Wówczas w komentarzu do tego filmu mówiono o wypasionych działaczach związkowych, praktórzy za nic mają robotników. Obecnie język władzy jest taki sam! Tak samo obrzydza się związki zawodowe, robi się z nas chuliganów i hamulcowych gospodarki.
Rząd Tuska nie rządzi, a jedynie administruje przy pomocy PR-owskich zabiegów. Nam trudno się przebić ze/pP. Duda, Solidarność: nie damy się lekceważyć swymi argumentami w mainstreamowych mediach. Jako przewodniczący Solidarności będącej największym związkiem zawodowym w Polsce będę chciał pokazać, że jest on niezależny od nikogo. - Temu miało służyć pańskie spotkanie z Lechem Wałęsą, które doświadczyło krytyki również w samym związku? – Spotkałem się z Lechem Wałęsą, pierwszym przewodniczącym Solidarności i byłym prezydentem RP. Zaznaczyłem, że nie ma możliwości zmiany nazwy związku na Solidni czy schowania sztandarów. Powiedziałem też Lechowi Wałęsie, że żadna partia polityczna nie będzie miała wpływu na funkcjonowanie Solidarności. Więc nie wiem, za co ta krytyka. - Zamierza się pan cyklicznie spotykać z Lechem Wałęsą? – Jeżeli będzie taka potrzeba, to oczywiście, że tak. Prezydent Lech Wałęsa zadeklarował swą pomoc w różnych obszarach. Członków związku mało interesuje to, z kim się spotykam. Oni chcą, żebym był skuteczny. A żebym taki był, to muszę spotykać się i rozmawiać z wieloma ludźmi z różnych środowisk. Nie dam się zaszufladkować. - Wierzy pan, że Lech Wałęsa jest na tyle silny, że będzie chciał lobbować za rozwiązaniami postulowanymi przez Solidarność? – Zapewnił mnie, że pomoże Solidarności. Przyjdzie czas, kiedy powiem: sprawdzam! Wówczas okaże się, ile w tym jest chęci prawdziwej pomocy, a ile zwykłej kurtuazji. Będę rozmawiał z każdym politykiem, który będzie chciał dostrzec pozytywne działania związków zawodowych. Może też niektóre media dostrzegą wreszcie, że związki są potrzebne. A zwłaszcza Solidarność, mająca bogatą historię i ostatnio czasem uwikłana w politykę. - Solidarność była uwikłana w politykę w ostatnich latach? – Być może poprzedni przewodniczący związku był zbyt blisko jednej opcji politycznej. Chodzi o to, by przytulać się do programów, a nie do partii. Za rządów Prawa i Sprawiedliwości też nie wszystko było w porządku. Wystarczy wspomnieć o ówczesnym wiceministrze gospodarki Pawle Poncyljuszu. Jedyne, co robił, to zwalczał związki zawodowe, a szczególnie Solidarność.
Jakie błędy tkwią w samej Solidarności, co chciałby pan jak najszybciej poprawić?- Przede wszystkim Solidarność musi być bliżej ludzi, bliżej członków związku.Musimy być bardziej skuteczni. Młodzi ludzie żądają od nas, by związek był niczym firma ubezpieczeniowa. Ludzie płacą składki i jeżeli dzieje się coś złego, to chcą konkretnej pomocy od związku zawodowego.A więc musimy być skuteczni, efektywni i konsekwentnie zabiegać o prawa pracownicze.Jesteśmy szczególnym związkiem zawodowym, ze wspaniałą historią. Trzeba o nią dbać, ale też walczyć o miejsce związku w przyszłości. Niektórym nadal wydaje się, że na hasło Solidarność otwierają się wszystkie drzwi. Jest niestety odwrotnie, te drzwi się często zamykają.- Jak układa się współpraca z innymi związkami?- Są związki reprezentatywne na szczeblu Komisji Trójstronnej i musimy współpracować.Także na szczeblu zakładowym ta współpraca powinna mieć miejsce. Mam nadzieję, że w końcu dojdzie do rozmów na temat Ustawy o związkach zawodowych.- Jakie zmiany powinny nastąpić?- Czekamy na zmianę dotyczącą reprezentatywności.Konstytucja nie może zabraniać zakładania związków zawodowych, to oczywiste. Jednak czymś zupełnie innym jest problem reprezentatywności. Nie może być tak, że w zakładzie zatrudniającym pięć tysięcy osób wszystko blokowane jest przez związek mający dziesięciu członków. Taki związek nie powinien mieć możliwości podpisywania regulaminów na szczeblu zakładowym, nie miałby również oddelegowań związkowych.

U nas związki zawodowe powstają jak grzyby po deszczu, szczególnie po wyborach w dużych związkach. Wówczas przegrany często zakłada związek złożony z dziesięciu sfrustrowanych osób. To patologia, że w górnictwie jest kilkadziesiąt związków zawodowych. Jednak rząd i pracodawcy wcale nie są zainteresowani wprowadzeniem zmian, o których mówię. Kiedy ma się w zakładzie pracy kilkanaście związków, to stosuje się metodę: dziel i rządź. Związki walczą między sobą, a pracodawca ma święty spokój. Gdyby były dwa, trzy silne związki, to ich skuteczność byłaby o wiele większa.

- Trudno się wam dogadać z pracodawcami? – Potrzebna jest przede wszystkim zmiana mentalności. Obecnie, gdy powstaje związek zawodowy, to pracodawca zadaje sobie pytanie: „co ja takiego zstrongrobiłem, że mi związek zakładają?”. A przecież założenie związku zawodowego to normalna rzecz. Dzięki temu każdy z pracowników z osobna nie musi chodzić do pracodawcy, by coś załatwić. Organizacje pracodawców często nas krytykują, chcą nas pouczać. Tyle że do organizacji pracodawców należy ok. 1,5 proc. przedsiębiorców. A cała reszta gdzie? Zatem jaki oni mają mandat do wypowiadania się w imieniu wszystkich pracodawców? Znacznie mniejszy niż związkowcy w imieniu pracowników. - W Skandynawii uzwiązkowienie sięga 90 proc. Tam związki traktuje się z należytą powagą. – Tam jest inna sytuacja. Jeżeli związek coś tam wywalczy, to korzystają z tego wyłącznie członkowie związku. Związki w Polsce żyją tylko ze składek swoich członków. A załatwiamy sprawy dla wszystkich. Tak więc jeśli chcemy zmieniać w Polsce prawo, to zmieńmy też sytuację, w której jedni płacą składki, a drudzy korzystają „na gapę” z tego, co udało się wywalczyć. Później pracownik bierze podwyżkę, którą wynegocjował związek, choć sam do tego związku nie należy i składek nie odprowadza. - Zamierza pan porozmawiać z premierem Donaldem Tuskiem? – Będę chciał się spotkać z premierem Tuskiem. Spojrzeć mu głęboko w oczy i zapytać, dlaczego tak bardzo nienawidzi związków zawodowych i kiedy ludzie w Polsce będą mogli godnie żyć. Zapytać, kiedy rządzący, oprócz statystyk i sondaży, dostrzegą też człowieka mającego swą godność i swoje potrzeby. Rozmawiał: Jerzy Dudała

NIEOPUBLIKOWANY WYWIAD UDZIELONY NEWSWEEKOWI Wojciecha Cejrowskiego

W zeszłym tygodniu skontaktował się ze mną Newsweek. Prosili o wywiad. Zgodziłem się, na osobistą prośbę koleżanki z podstawówki, która tam pracuje. Lubimy się, znamy od lat, a do tego koleżanka pomogła mi kiedyś w ciężkich czasach. Odwdzięczyłem się Jej. Odpowiedziałem na pytania i postawiłem redakcji jeden warunek: tekst ma być opublikowany dokładnie w takiej formie jaką zamieszczam poniżej – żadnych skrótów, żadnych dopisków. Newsweek odpowiedział, że nikt im nie będzie stawiał warunków. Hmm.. Zamiast wywiadu opublikowali nieprzyjemny tekst na mój temat i równie nieprzyjemną rozmowę z ks. Sową. Ksiądz Kazimierz Sowa występuje jako kapłan i głos Kościoła, a na dołączonej do tekstu fotografii jest rozchełstany, potargany i bez koloratki. Ksiądz K.Sowa był dyrektorem kanału Religia należącego do TVN. Kanał ten ma w swoim logo rybę – znak Chrystusa – ale /spanjednocześnie prezentował wszelkie możliwe religie w tym pogańskie i wrogie Kościołowi. Dla równowagi medialnej, proponuję Państwu ten wywiad, którego Newsweek nie zdecydował się opublikować. Newsweekowi wolno wybierać, jakie treści publikuje. Mnie wolno wybierać Gościa Niedzielnego.wc PS Pytania przysłane Newsweeka były w większości ciekawe! ***************************************************** Newsweek: W jakich relacjach jest Pan z prawicowymi publicystami m.in. Piotrem Semką, Piotrem Zarembą, braćmi Karnowskimi? WC: Nie jestem w żadnych relacjach, bo nie mam okazji zawierać znajomości z publicystami. Nie bywam na otwarciach ani na zamknięciach, nie przyjmuję zaproszeń, po salonach się nie szwendam – jeśli gdzieś idę, to jest to manifestacja pod Pałacem Namiestnikowskim, Msza za Ojczyznę albo pogrzeb. Ostatni pogrzeb, na którym byłem, to pogrzeb Stanisława Szwarc-Bronikowskiego. Poza tym, że Szwarc był podróżnikiem i filmowcem, był też cynglem AK – wykonywał zasądzone przez Podziemne Państwo Polskie wyroki śmierci na szpiclach, kolaborantach i Szkopach. Cześć Jego pamięci!!! W koligacjach ani koteriach nie uczestniczę. Pracuję zawsze u siebie, we własnej firmie, nigdy w czyjejś redakcji. A zatem nie mam okazji poznawać dziennikarzy. Żadnego z wymienionych Panów nie znam osobiście, choć o każdym słyszałem. Jeden z braci Karnowskich jest kłamczuchem – tyle wiem na pewno. Nie może się skutecznie wyspowiadać, a w konsekwencji nie powinien przyjmować Komunii Świętej. Opublikował kiedyś ogromny wywiad ze mną, którego mu nigdy nie udzieliłem. Ogłaszał publicznie, że ma taśmy z nagraniami i mi je wyśle. Jakoś nie wysłał. Ten „wywiad” był nieprzyjemny i szkodliwy dla mnie. Fałszerstwo. Do czasu naprawienia szkody, każda spowiedź Pana Karnowskiego jest nieważna – takie mamy reguły w Kościele Katolickim. Trwa Wielki Post, może się chłop nawróci. Z takich mniej więcej powodów trzymam się w ostrożnej odległości od publicystów, nawet prawicowych. Klucze od domu powierzyłbym Rafałowi Ziemkiewiczowi, którego szanuję i czytam z uwagą, oraz Krzysztofowi Skowrońskiemu, którego lubię i się z nim koleguję. Resztę znam raczej z daleka. A czy oni prawicowi? To niedobre słowo, bo nic nie definiuje. Dużo bardziej adekwatne jest określenie „opozycja niepodległościowa” zdefiniowana jako przeciwieństwo antypolskiej, poddańczej polityki Donalda, Zdradka, Komoruska i reszty Padalców. Przy czym słowo Padalec oznacza kogoś, kto pada na twarz przed obcymi w celu wylizania butów. N: Wróg – proszę o zdefiniowanie, kim są Na pasku podawano informację, że bierze w nim udział, Pana wrogowie. WC: Wrogami mojej Ojczyzny, czyli moimi osobistymi również, są Niemcy, Rosja i Unia Europejska. Dużo łatwiej byłoby nam współpracować z Unią lub Niemcami, zawierać z nimi roztropne sojusze, gdybyśmy stawiali tę sprawę jasno. Z wrogiem można się dogadywać, niekoniecznie trzeba strzelać. Dużo łatwiej byłoby nam handlować z Rosją, gdybyśmy handlowali z pozycji: jesteś naszym wrogiem, starasz się nas pożreć od stuleci, dzisiaj ci się to nie uda, dzisiaj chcesz nam sprzedać gaz, za ile? Z wrogiem można rozmawiać bez potrzeby rzucania się mu w ramiona lub do nóg. A Tuski, Zdradki i Padalce mają wobec Rosji syndrom sztokholmski. Co do wrogów osobistych, to nie zajmuję się nimi, czyli nie ma między nami relacji – oni czują do mnie wrogość, a ja do nich nie czuję nic. Niekiedy docierają do mnie sygnały o wrogości poprzez mojego Facebooka lub stronę internetową. Bluzgów i anonimów nie czytam (trzeba się podpisać), na listy interesujące odpowiadam, i to częściej na te od wrogów niż te od przyjaciół. Są też zawzięte środowiska, które zwalczają mnie od lat – Gazeta Wyborcza i pederaści (termin medyczny, stosuję go zawsze świadomie w kontraście do nowomowy wypranej z osobistego stosunku do zjawiska). N: Co to znaczy być „radykalnym katolem” WC: Jezus był radykałem, nie ściemniał, nazywał rzeczy po imieniu, mowa jego była prosta: tak-tak, nie-nie. Doktryna Jezusa była bardzo radykalna wtedy i jest radykalna dzisiaj. Dlatego Kościół Katolicki ma co roku tysiące męczenników za wiarę. Katolików zabija się za przekonania religijne! Moje poglądy w sprawach doktrynalnych się nie zmieniają, bo doktryna Kościoła jest niezmienna. Z tymi samymi poglądami co dziś, trzydzieści lat temu nie byłem radykałem, a teraz jestem. Dlaczego? Świat zdziczał. Coraz więcej dzikusów dookoła. Kiedyś byli na marginesie, dziś siedzą w Sejmie – facet z torebką, facet ze gumowym siurkiem – jako elita narodu. Fuj! Wolę być radykałem Zresztą radykalizm to nic złego, to raczej cecha, a nie wada. Idzie/p Pani do lekarza, a on mówi: poprzednia kuracja nie przyniosła efektów, zastosujemy radykalne metody. Czy ma mu Pani za złe? Narzędzia dobiera się stosownie do okoliczności. Kiedy dobre słowo nie skutkowało, moja babcia sięgała po pasek. Mądra babcia. Cześć Jej pamięci! Świat zrobił się rozmemłany, ludzie ukrywają, kim są, wstydzą się przyjmować jasne stanowiska – dlatego wylądowałem na pozycji radykała. Inni zmienili swój język i dostosowali sformułowania, a ja po staremu mówię, że aborcja to zbrodnia z premedytacją, a nie „zabieg”. Zbrodnia, w której uczestniczy matka. Wszyscy uczestnicy tej zbrodni to dzieciobójcy. Za zabójstwo z premedytacją powinni być ukarani ciężkim więzieniem. Kiedyś nazwanie aborcji zbrodnią to była definicja, dzisiaj to jest „radykalna ocena”. A aborcja jest przecież wciąż taka sama. Co się więc zmieniło? Świat zdziczał. N: Ma Pan poczucie, że jest w Polsce jedynym „radykalnym katolem” WC: Co Pani, oszalała??? Polska się skończyła? Zostały tylko lemingi?! Mam nadzieję, że są nas – radykalnych katolików – miliony. Na zimę wyjechałem na prerię, siedzę daleko od świata, ale coś tam do mnie dociera. Jedyna polska telewizja dostępna na terenie USA to… TV Trwam. TV Polonia, której obowiązkiem jest docierać do Polonii zagranicznej, wyświetla mi się na komputerze jako „niedostępna na tym obszarze”. (To samo TVP Info, TVP2.) Skandal, bo na jakim obszarze niby ma być dostępna, jeśli nie za granicą, w USA, gdzie Polaków mieszka kilkanaście milionów? Na szczęście Telewizję Trwam odpalam gdzie chcę i kiedy chcę. Chwała im za to! No i z oglądania codziennie wiadomości z Polski wynika mi, że nas, radykałów katolickich, jest wielu. N: Uważa Pan, że jest misjonarzem? WC: Mam nadzieję, że jestem. Prowadzenie pracy misyjnej to jeden z obowiązków, który ciąży na każdym katoliku, nie tylko na księżach, którzy jadą do Afryki. Mamy być misjonarzami wszędzie i zawsze. Mówiąc językiem niższym: mamy nawra/strongstrongcać świat dookoła siebie, poprawiać świat, budować dobro, zwalczać zło, NAWRACAĆ. Każdy z nas ma taki obowiązek. Dlatego na początku wspomniałem o tym Karnowskim, bo jeśli ja mu przestanę przypominać, a on sam zapomni, że musi naprawić wyrządzone szkody, to jego wina przejdzie na mnie. N: Pytam o to, bo chciałabym wiedzieć, czy postawił Pan sobie za cel rozpropagowywanie rzymskiego katolicyzmu i przestrzeganie Polaków przed innymi religiami, i najlepszym do tego narzędziem są media? WC: Media są takim samym narzędziem jak każde inne – niekoniecznie najlepszym. Świadectwo mamy dawać całym swoim życiem, każdym naszym czynem, a zatem nawet kiedy jestem w toalecie, to mam pozostać katolikiem i nawet tam dawać dobre świadectwo. Katolik zostawia czysty kibel, nawet gdy go nikt nie obserwuje. Katolik nie przeklina, nawet gdy go nikt nie słucha. To są uniwersalne zasady i nieważne, czy w mediach takich jak telewizja, czy takich jak woda w łazience. N: Czy podróżując próbuje Pan nawracać spotkanych ludzi? WC: Zawsze i wszędzie. W tej chwili próbuję nawracać Panią. Nie mówię nic wprost do Pani, ale może po tej rozmowie będzie Pani trochę inna. Środki dobieramy stosownie do okoliczności. Tego mnie uczyli na politechnice. N: Ma pan wśród przyjaciół i znajomych księży katolickich? WC: Bardzo wielu N: Jeśli tak, to z jakimi reakcjami z ich strony Pan się spotyka. Jak reagują na Pana poglądy? Czy mówią, że robi Pan dobrą robotę? WC: Zależy od roboty. Czasami moja robota ich w ogóle nie interesuje, bo ja się głównie zajmuję prowadzeniem interesów, a to księdza może interesować w wąskim zakresie od strony konfesjonału: czy jestem kapitalistą etycznym? A zatem, kiedy spotykam się z moimi kumplami księżmi, to raczej nie gadamy o mojej robocie, tylko o sprawach Kościoła, Ojczyzny i o prywatnych. N: Ma Pan poczucie, że jest Pan przez nich traktowany poważnie? WC: Jak najbardziej. Relacja między katolikami nie może polegać na fałszowaniu, na lukrowaniu, na omijaniu niewygodnego tematu. Traktujemy się z szacunkiem, czyli poważnie. N: Czy żyje Pan zgodnie z Dekalogiem? WC: Żyję. I chodzę też często do spowiedzi. To właśnie częsta spowiedź pozwala żyć w zgodzie z Dekalogiem. Częsta, podkreślam, częsta i regularna spowiedź stawia człowieka do pionu i pozwala pion utrzymać. Staram się sobie nie ufać. Mam sumienie, modlę się, ale dobrze jest, kiedy ksiądz mi regularnie zagląda pod maskę i robi rutynowy przegląd silnika. N: Ma pan wśród przyjaciół i znajomych buddystów? Jeśli tak, to jak zareagowali na pana program? WC: Nie koleguję się z innowiercami, to niebezpieczne duchowo i katolik takich rzeczy unika. Znam ogólnikowo jednego, jedynego – na Facebooku występuje jako Chopin. Wydałem mu książkę podróżniczą „Prowadził nas los”. Od kilku lat bestseller. Płacimy tłuste honoraria. No i tyle mojej osobistej znajomości z buddystami. A reakcja Pana Chopina jest widoczna na Facebooku obok wielu innych. N: Dlaczego uważa Pan, że należy ludzi ostrzegać przed Nergalem i buddyzmem (przestrzegając jednocześnie przed działaniem demonów)? WC: Bo jestem katolikiem – dlatego. N: W jaki sposób demony mogą stanowić zagrożenie? WC: Szanowna Pani, na ten temat są całe biblioteki. Załamka! No dobra, na poziomie lekcji religii w szkole podstawowej to byłoby tak: demony to byty duchowe, czyli nie mające ciała, ale mające rozum (a więc myślą), własną osobowość i inteligencję. Ponadto, najogólniej mówiąc, są przeciwieństwem aniołów. Anioły nas kochają– demony nienawidzą. Każde działanie demona zawsze i wszędzie jest nastawione na zniszczenie człowieka. Nawet jeśli pozornie demon jest w danej chwili milutki. Kiedy demon daje ci cukierki, to nie po to, by ci było słodko, tylko po to, by ci się zęby popsuły. Na zakończenie dodam, że demony są sprytniejsze, bardziej inteligentne i ogólnie pod każdym względem szybsze i sprawniejsze od człowieka. A zatem nie da się przechytrzyć demona, wykołować go ani oszukać. Nie da się też demona oswoić dla swoich celów, co próbują robić buddyści. Skoro demon zawsze i wszędzie nienawidzi człowieka, to nawet jeśli chwilowo daje się udobruchać, to ma w tym jakiś cel skierowany przeciwko człowiekowi. Koniec lekcji. N: Czy Pan kiedyś na własnej skórze odczuł działanie demonów – jakie? WC: Nie. I codziennie odmawiam modlitwę z egzorcyzmem do św. Michała Archanioła, aby mnie ustrzegł od demonów. Mam wujaszka egzorcystę i raz w życiu byłem u niego w gabinecie. Nigdy więcej nie chcę tam pójść. Kiedyś wujaszek miał jedną osobę na miesiąc, teraz pracuje wiele godzin każdego dnia – tyle jest w Polsce opętań. Brakuje egzorcystów do roboty. Wujaszek mówi tak: „kiedy zost/pałem egzorcystą straciłem wiarę – ja już teraz nie wierzę, że Bóg istnieje, ja WIEM, z całą pewnością wiem, że istnieje, bo widziałem na własne oczy i odczuwałem na własnym ciele istnienie demonów”. Ten świat to nie bajka ze średniowiecza. Jakby Pani raz jeden poszła do tego jego gabinetu, to by Pani od razu nie tylko uwierzyła w istnienie Boga, ale bardzo szybko przypomniała sobie, co to konfesjonał i kurczowo złapała się Dekalogu. Widziałem w życiu rzeczy radykalne i dlatego jestem radykalnym katolem. A osoby niewierzące… niech to nazywają syndromem posttraumatycznym – to mi chyba wolno mieć? Czy też nie? wc

Polska elita intelektualna

Jeden z bardziej znanych dziennikarz Gazety Wyborczej Seweryn Blumsztajn rocznik 1946 na ostatniej manifiez transparentem bardzo do niego pasującym.

Jeden dzień z życia Polaka Wstaje rano, włącza japońskie radyjko, zakłada amerykańskie spodnie, wietnamski podkoszulek i chińskie tenisówki, po czym z holenderskiej lodówki wyciąga niemieckie piwo. Siada przed koreańskim komputerem i w amerykańskim banku zleca internetowe zakupy w Anglii, po czym wsiada do czeskiego samochodu i jedzie do francuskiego hipermarketu na zakupy. Po uzupełnieniu żarcia o hiszpańskie owoce, belgijski ser i greckie wino wraca do domu. Gotuje na rosyjskim gazie. Na koniec siada na włoskiej kanapie i…… szuka pracy w polskiej gazecie – znowu nie ma !

Zastanawia się, Dlaczego, k…., w Polsce nie ma pracy ?

Rządowy patentźródło – Nasz Dziennik 8 marca 2012 rok – Małgorzata Goss W tym roku z funduszu rentowego być może zniknie kolejne 8-9 mld złotych. Rząd wynalazł sprytny mechanizm finansowy, który pozwala co roku przejmować i wygaszać miliardy pochodzące z naszych składek ubezpieczeniowych. Po podniesieniu wieku emerytalnego „maszynka do czyszczenia kont” będzie w stanie pochłaniać społeczne oszczędności w tempie kilka razy szybszym. Z kont emerytalnych w ZUS wyparowało w ubiegłym roku ponad 8 mld złotych. Zniknęły środki emerytalne należące do osób, które pobierały rentę i zmarły, nie dożywszy emerytury. Po śmierci uprawnionych zawartość należących do nich kont emerytalnych powinna zostać przeniesiona na fundusz rentowy, ale tego nie zrobiono. Według danych ZUS, do których udało się dotrzeć „Naszemu Dziennikowi”, na kontach zmarłych rencistów znajdowało się w końcu 2010 r. aż 8,4 mld zł, po których dziś nie ma śladu. Miliardy znikły, rozpłynęły się w „rządowej przestrzeni”. Co się z nimi stało? – pytania w tej sprawie skierowaliśmy do resortów finansów i pracy. Czekamy na odpowiedzi. W związku z opisaną sprawą powstaje obawa o los kolejnych miliardów odłożonych na emerytury przez osoby, które aktualnie pozostają na rentach. Oszczędności zapisane na ich kontach emerytalnych na razie spoczywają w ZUS jako środki niewykorzystywane. Pod koniec 2010 r. kwota ta sięgała, według danych ZUS, 9,3 mld złotych. Czy także te pieniądze mogą wyparować z kont tej części re ncistów, którzy nie dożyją wieku emerytalnego? Podczas debaty nad podniesieniem składki rentowej rząd szermował argumentem, że w funduszu rentowym widnieje deficyt na kwotę 17 mld złotych. Tymczasem przytoczone przez nas dane wskazują, że ów deficyt rząd w dużej mierze sam sobie wykreował. O ile nieuwzględnienie w funduszu rentowym środków żyjących rencistów może mieć pewne uzasadnienie (bo część z nich doczeka się emerytury), o tyle „zapomnienia” o kwocie 8,4 mld zł należącej do osób nieżyjących i nieprzekazania jej na fundusz rentowy niczym nie da się wytłumaczyć. – Zastosowano wybieg polegający na tym, że fundusze, które powinny być przeznaczone na renty, znikły na kontach. Inteligentnie przedstawiono, że deficyt funduszu rentowego wynika z różnicy między kwotą składek a tym, co jest wypłacane w formie rent. To zaś, co było na kontach, wyparowało – tłumaczy dr Cezary Mech, finansista, były wiceminister finansów, który zdobył te informacje, prowadząc własne prace badawcze nad przepływami finansowymi w ZUS. Ta znikająca kwota, łącznie nawet 17,7 mld zł, jest i tak zaniżona z uwagi na to, że część osób posiada rachunki prowadzone tylko od początku reformy emerytalnej, ponieważ nie dopełniła formalności związanych z wyliczeniem kapitału początkowego albo nie była jeszcze objęta tym obowiązkiem. Wygląda na to, że rząd wynalazł sposób na wygaszanie środków odłożonych w ZUS i zmniejszanie zobowiązań tej instytucji, co pozwala wyeliminować co roku z systemu 8-10 mld złotych. Jeśli wiek emerytalny zostanie podniesiony, rencistów z pewnością przybędzie. Z pewnością też zwiększy się liczba osób na rentach, które nie dożyją emerytury, a wtedy rządowy wynalazek pozwoli wygaszać rocznie np. po 30 mld zł środków, które powinny trafić na fundusz rentowy. Dzięki temu problem zadłużenia finansów publicznych w zakresie zobowiązań emerytalno-rentowych w miarę upływu lat rozwiąże się sam. Przynajmniej na papierze. – To bardzo sprytny mechanizm. Gdyby teoretycznie przesunąć wiek emerytalny do 100 lat, to nikt nie dożyje emerytury, a wtedy ponad 2 bln zł długów emerytalnych ZUS zwyczajnie wyparuje – wyjaśnia dr Cezary Mech. Finansista wykrył opisany proceder podczas badania finansów ZUS. – Rząd dostaje do rąk nowy podatek i zarazem możliwość umarzania zobowiązań emerytalnych. I na tym polega to perpetuum mobile – wskazuje. Ta papierowa operacja nie pozostaje bez wpływu na życie ludzi, zwłaszcza tych schorowanych, ubiegających się o rentę, oraz przedsiębiorców i pracowników, którzy te renty będą finansować. – Jeśli w funduszu rentowym będzie wykazywane tylko to, co pochodzi ze składek, to pieniędzy na renty będzie stale za mało, więc trzeba będzie coraz bardziej podnosić składki rentowe, a jednocześnie piętrzyć trudności związane z przyznaniem renty w celu ograniczenia wypłat – tłumaczy dr Mech. Opisany mechanizm w kontekście podniesienia wieku emerytalnego odbije się niekorzystnie na polskiej gospodarce. Rencistów będzie lawinowo przybywać, a rosnące składki na fundusz rentowy będą powodować stały wzrost kosztów pracy. W efekcie międzynarodowa konkurencyjność polskiej gospodarki ulegnie obniżeniu, zaczną znikać miejsca pracy, ruszy nowa fala emigracji za chlebem. – To tak, jakby zależało nam na tym, żeby praca stała się dobrem rzadkim i żeby jej dla naszych dzieci nie było – podkreśla dr Mech. Wicepremier Waldemar Pawlak zapowiedział, że w przyszłym tygodniu dojdzie do kolejnego spotkania kierownictwa Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego w ramach negocjacji koalicyjnych nad podniesieniem wieku emerytalnego. „Maszynka do czyszczenia kont” jest w stanie gotowości.

Związkowcy z PGE zakończyli protest

21-02-2012, ostatnia aktualizacja 21-02-2012 16:32

Związkowcy ze spółek PGE Dystrybucja i PGE Obrót zakończyli kilkugodzinny protest w Warszawie przeciw planom zmniejszenia liczby regionów i posterunków energetycznych. Swoje postulaty przekazali do ministerstw skarbu i gospodarki

Demonstracja rozpoczęła się przed godz. 11 przed siedzibą centrali PGE. W proteście uczestniczyło ponad tysiąc związkowców, którzy przyjechali m.in. z trąbami, gwizdkami i syrenami. Delegacja spotkała się z zarządem Grupy i przekazała swoją petycję. Napisano w niej, że związki zawodowe, które działają w Komitecie Obrony Dystrybucji, w imieniu pracowników PGE Dystrybucja i PGE Obrót, sprzeciwiają się łamaniu zasad porozumień społecznych, „w tym umów społecznych, w zakresie zmian organizacyjnych i restrukturyzacji w linii biznesowej obrotu i dystrybucji w PGE S.A.”. Jak podkreślono, skutki planowanych zmian zagrażają bezpieczeństwu energetycznemu kraju, prowadzą do pogorszenia obsługi odbiorców i negatywnie wpłyną na regionalne rynki pracy. Związkowcy w petycji żądają od kierownictwa PGE, a także od ministrów skarbu i gospodarki, zobowiązania, że realizacja planowanych zmian nie spowoduje w długoletniej perspektywie zmniejszenia zatrudnienia. Domagają się też wstrzymania zmian w obrocie i dystrybucji w PGE do czasu zakończenia uzgodnień i konsultacji. Jednocześnie związkowcy deklarują w petycji, że są gotowi do dialogu i oczekują, że do takiego dialogu gotowi będą „sprawcy niepokojów społecznych, wyrażonych m.in. przez uczestników pikiety”. Nie możemy się zgodzić na rozwiązywanie Rejonów pod pretekstem, że nie ma ludzi do pracy, a ci ludzie odeszli w ramach programu dobrowolnych odejść, to absurd – tłumaczył zastępca przewodniczącego Sekcji Krajowej Energetyki NSZZ „Solidarność” Edmund Myszka z Solidarności w PGE Dystrybucja. Podkreślał też, że jakość obsługi klienta z pewnością się pogorszy, jeżeli – w wyniku zmian – odpowiednie służby będą miały dalej do swoich klientów. Po rozmowach z zarządem PGE związkowcy złożyli petycję w Ministerstwie Gospodarki, gdzie rozmawiali z przedstawicielami gabinetu politycznego ministra i departamentu energetyki. Jak mówił Myszka, resort powinien zainteresować się skutkami zmian, bo mają wpływ na bezpieczeństwo energetyczne kraju. – Jest deklaracja, żeby doszło do spotkania z wicepremierem Waldemarem Pawlakiem – zaznaczył. Spod gmachu resortu gospodarki związkowcy skierowali się przed ministerstwo skarbu, tam też złożyli swoją petycję i przed godz. 15 zakończyli demonstrację. Jak poinformował rzecznik PGE Łukasz Witkowski, w czasie spotkania ze związkowcami zarząd Grupy zapewnił, że podstawowym celem programu jest podniesienie efektywności, a nie redukcja zatrudnienia. PGE zapewniło też, że podstawowa struktura PGE Dystrybucja oparta na Rejonach Energetycznych i Posterunkach Energetycznych nie ulegnie zmianie. Natomiast jednostki terenowe zostaną połączone w większe, sprawniej zarządzane i lepiej wyposażone. Plany zmian obejmują siedem oddziałów PGE Dystrybucja: Białystok, Lublin, Łódź-Teren, Rzeszów, Skarżysko-Kamienna, Warszawa istrongspan style=”font-family: Arial;” Zamość. Z działających w nich 66 Rejonów i 218 Posterunków ma zostać odpowiednio: 40 i 143. PGE przytacza analizę, z której wynika, że obecnie struktury PGE Dystrybucja są bardziej rozbudowane niż w konkurencyjnych spółkach, działających w obszarach porównywalnych pod względem gęstości sieci. – Dzisiaj liczba posterunków w PGE Dystrybucja jest np. o 69 proc. większa w stosunku do obsługiwanego obszaru jednego z konkurentów. Podobne proporcje dotyczą liczby obsługiwanych odbiorców, liczby stacji, etc. Planowane zmiany pozwolą na osiągniecie zaledwie tych samych standardów – podkreślił zarząd Grupy. PGE podała też, że w 2011 r. z PGE Dystrybucja odeszło 830 pracowników, co stanowi ponad 7 proc. zatrudnionych. To efekt uruchomienia Programu Dobrowolnych Odejść Przedemerytalnych. W przyszłości – jak zapewniono – „dochodzenie do optymalnego zatrudnienia” będzie realizowane w taki sam sposób. Grupa podkreśliła, że naczelną zasadą programu konsolidacji jest respektowanie pracowniczych praw nabytych; przewiduje też wsparcie pracowników w czasie wprowadzania nowej organizacji pracy, np. poprzez rekompensaty kosztów dojazdu do nowej jednostki czy szkolenia. PAP

Pułapka zadłużenia niedługo nas dopadnie, tak jak już podstawiła nogę wcześniejszym beneficjentom unijnej „pomocy” – Grecji, Hiszpanii i Portugalii.

Co nam niesie los? Docent zza morza – Nie umiemy odczytywać znaków czasu, i dlatego jesteśmy bezlitośnie ogrywani przez „starszych” i „mądrzejszych”.

Pamiętam z europejskich wojaży tunel ateńskiego metra, tak wysoki i tak szeroki, że bez trudu zmieściłby wielopiętrowy okręt podwodny; wiadukty portugalskich autostrad tak grube i potężne, że przesłaniały krajobraz, a drogi te w dodatku biegły w całkiem płaskim terenie, więc po diabła było je podnosić metr-dwa nad ziemię? Nowiutkie koleje wielkich prędkości w Hiszpanii, kóre jeździły prawie puste. Było to kilka lat temu, kiedy o żadnym kryzysie Europie nawet się nie śniło, ale pamiętam moje zdziwienie – po cholerę było tak przepłacać? Przecież tylko głupi wydaje więcej, niż musi. Ale to może jedynie efekt nauk i ograniczeń wyniesionych z domu rodzinnego, no bo co ja tam mogę wiedzieć o mądrości i preferencjach „starej Europy”? Kilka miesięcy temu pisałem o nadciągającym niebezpieczeństwie wynikającym z beztroskiego zadłużania się na potrzeby „skonsumowania” funduszy europejskich: http://zdaniemdocenta.nowyekran.pl/post/24483,polskie-gminy-ofiara-hucpy-po No i okazało się, że „choroba europejska” – budować drogo, hucznie, byle jak i bezmyślnie – już dopełzła do kraju nad Wisłą. Bo im drożspbr /za inwestycja, tym większe unijne „dofinansowanie” – a pieniądze leżały praktycznie na ulicy i tylko frajer by przepuścił taką okazję, no nie? Pragnę zwrócić uwagę na dwa świeże artykuły w „Dzienniku Gazecie Prawnej” o nietrafionych gminnych inwestycjach, na których utrzymanie i bieżące funkcjonowanie brak funduszy, chociaż do ich powstania niezbędne było wzięcie kredytów, które przecież trzeba będzie spłacić. http://gospodarka.dziennik.pl/news/artykuly/379990,pieniadze-z-unii-na-swietlice-zostaly-zmarnowane-gminy-u-krytyki.html http://wiadomosci.dziennik.pl/opinie/artykuly/380085,unijne-dotacje-nadszedl-czas-placenia-rachunkow.html. Grecja, Portugalia i Hiszpania jako najbiedniejsze w tamtym czasie kraje UE dostawały największą pomoc. Jednak do środków otrzymanych z UE kraj beneficjent musi dołożyć tak zwany wkład własny. To powoduje, że kraje, które dostają najwięcej funduszy z UE najwcześniej stają się bankrutami. Na dziś nasza propaganda rządowa wali się z rozmachem w piersi, bo przecież „jesteśmy największym beneficjentem unijnej pomocy”. Hmmm… I tak polskie gminy, jak i polskie państwo – bo nasz Donald szybciutko zmierza ku 1000 miliardów długu – już niedługo, jak dojrzałe owoce, wpadną w ręce wierzycieli. A oni naszym długiem przecież będą handlowalć – po co dziś wysyłać czołgi, kiedy bankruta można sobie po prostu kupić? A któż to dzisiaj ma duże pieniądze i kasę do upłynnienia? A może by tak małe referendum, co rodacy? Czy Szanowni Państwo wolą jutro przejść pod zarząd a) chiński, b) rosyjski, c) iemiecki, czy może d) izraelski? Przecież mamy pełną demokrację i swobodę wyboru… Jestesmy dziś jak narkoman – uzaleznieni od unijnej „pomocy”, a uzalezniony nie dba, ile co kosztuje. Europejska instrukcja doprowadzania do ruiny. Do Hiszpanii po odkryciu Ameryki napłynęło mnóstwo bogactw, w postaci złota i innych dóbr. Potem Hiszpania z roli światowego mocarstwa stoczyła się do poziomu podrzędnego kraiku, który Napoleon zajął praktycznie bez walki. Obecne europejskie Eldorado w postaci kasy z UE przypomina to, co działo się wtedy w Hiszpanii. Najwięksi beneficjenci pomocy z UE naj szybciej popadają w ruinę. Pomaga się im w tym dając im do zorganizowanie duże imprezy sportowe. W Hiszpanii i Grecji były to olimpiady, a w Portugalii mistrzostwa Europy w piłce nożnej. W Portugalii wybudowano kilka stadionów, których część planuje się teraz wyburzyć, bo nie ma środków na ich utrzymanie. Także Grecy za swoją olimpiadę płacą do dzisiaj. Wielkim kosztem zbudowano infrastrukturę, która dzisiaj nie przynosi żadnych zysków, a ich utrzymanie jest gwoździem do trumny i tak już zadłużonego ponad miarę budżetu. Patrząc na to co teraz dzieje się w Polsce mam nieodparte wrażenie, że zmierzamy drogą wytyczoną przez te trzy wymienione wyżej kraje. Budujemy najdroższe tego typu stadiony na świecie, budujemy najdroższe na świecie autostrady, a żadna z nich nie jest oddawana do użytku w ustalonym terminie.http://blog.rp.pl/wildstein/2011/09/19/europejska-sciema/#comment-167493 Dotacje unijne jeszcze w żadnym kraju samoistnie nie spowodowały cywilizacyjnego awansu – one mogły jedynie tworzyć jego iluzje. A ponadto opieranie się na „pomocy” unijnej sytuuje nas w roli petenta, niemalże żebraka, co jest na dłuższą metę demoralizujące, bo strumień pieniędzy z zewnątrz rozleniwia i usypia. A przeciez, zeby się wzbogacić, trzeba samemu pracować – coś produkować, coś sprzedać i samemu zarobić. Tak jak zasiłek niszczy ludzi, tak dotacje niszczą państwa. Jeszcze nikt nigdy w Polsce nie kupił sobie dobrobytu na kredyt… Nie udało się to Gierkowi, nie uda i Tuskowi. Przychodzi mi na myśl stare porzekadło: „Ten się śmieje, kto…”? Bo Einstein to stwierdził: „Procent składany jest największym wynalazkiem ludzkości”. P.S. Nam to się zwykle wydaje, że oprocentowanie pożyczki jest z góry znane i że co roku będziemy spłacać taką samą kwotę . Jaką kwotę trzeba oddać wierzycielowi za pożyczone na dwa lata 1000 zł przy oprocentowaniu 5%? Spodziewamy się, że będzie to: 1000 + 1000 x 0,05 x 2 = 1100 zł Ale przy procencie składanym ratę nalicza się od kwoty już spłaconego długu + procent i dług lawinowo rośnie, nabierając niszczycielskiej mocy, w miarę rozciągania okresu kredytu. Teraz nasze 1000 zł do oddania nieco urośnie: W pierwszym roku oddajemy: 1000 + 0,05 x 1000 = 1050 zł W drugim roku: 1050 + 0,05 x 1050 = 1102, 50 czyli nasz dług już po dwóch latach kosztuje nas nie 1100 zł, ale (1050 + 1102, 50 =) 1152, 50. Itd. To tak jak w starej przypowieści o mędrcu i królu, gdzie ten pierwszy, gładząc swoją długą brodę, za pierwszą poradę zażądał „jedynie” jednego ziarna zboża na szachownicy, za drugą – dwóch, a następnie 4, 8, 16, 32, 64, …aż w końcu w całym królestwie zabrakło zboża i król został „puszczony w skarpetkach”. Użyteczny wzór matematyczny to: suma pożyczki x (1 + oprocentowanie dzielone przez 100) a wszystko to do potęgi równej ilości lat na spłatę długu. Czy Państwa ktoś tego uczył w szkole?

Prawdziwy cel „reformy” emerytalnej – Zbigniew Kuźmiuk

źródło : bibula.com

Minister Rostowski ma ostatnio „dobre” dni. A to „zamachnie” się na niezależność banku centralnego, żądając od jego prezesa wyasygnowania ponad 6 mld euro na pożyczkę dla Międzynarodowego Funduszu Walutowego, a to wpadnie w histerię na posiedzeniu Sejmu, kiedy posłowie wykażą jego niekompetencję, a to wreszcie wyjaśni publicznie prawdziwy cel proponowanego przez rząd Tuska, podniesienia wieku emerytalnego. Rzeczywiście w audycji TOK FM szef resortu finansów odkrył się zupełnie i zauważył „żeby emerytura była godziwa, no to niestety- mówimy o przykrych rzeczach, ale jest to konieczne-przejście na emeryturę musi być na tyle późne, żeby oczekiwana przeciętna długość życia, nie była bardzo długa”. Mówiąc prostszym językiem rząd Tuska wydłużając wiek emerytalny mężczyzn o 2 lata i kobiet o 7 lat, chce doprowadzić to tego aby po przejściu na emeryturę czas jej pobierania był możliwie jak najkrótszy. Za komuny opowiadano taki makabryczny żart „emerycie popieraj partię czynem i umieraj przed terminem”. Minister Rostowski wypowiedział to wprawdzie łagodniejszymi słowami ale sens tej wypowiedzi jest ten sam. Rzeczywiście podniesienie wieku emerytalnego mężczyzn do 67 lat przy oczekiwanej przeciętnej długości ich życia wynoszącej w Polsce niewiele ponad 71 lat doprowadzi do tego, że przeciętny Polak będzie cieszył się emeryturą zaledwie przez 4 lata. W przypadku kobiet, gdzie przeciętna oczekiwana długość ich życia w Polsce wynosi niewiele ponad 79 lat, okres pobierania przez Polki emerytury będzie trochę dłuższy i wyniesie niewiele ponad 12 lat. Jeżeli zestawimy te krótkie okresy pobierania świadczeń emerytalnych z długością czasu pracy wynoszącego po tych zmianach 40 lat i więcej, to płacenie przez ponad 40 lat składki emerytalnej, ma pozwolić tylko na od 4 do 12 lat pobierania emerytur. Trudno się więc dziwić, że propozycja rządowa napotkała na ogromny społeczny opór. Związek zawodowy „Solidarność” zebrał blisko 1,4 mln podpisów pod wnioskiem o referendum w tej sprawie ale wszystko wskazuje na to, że rządząca większość mimo takiej ilości podpisów, ten wniosek jednak odrzuci. Jest jeszcze kilka ważnych problemów związanych z podniesieniem wieku emerytalnego. Jednym z nich jest los osób które z różnych względów w wieku powyżej 50-60 lat stracą dotychczasową pracę. Trudno sobie wyobrazić aby bp/pyły one w stanie szybko znaleźć nową pracę, co potwierdzają losy tzw. programu 50+, który został przyjęty przez tę koalicję PO-PSL już na początku 2009 roku. Stwarzał on dodatkowe preferencje dla pracodawców zatrudniających pracowników w wieku powyżej 50 lat ale mimo zaangażbr /owania w jego realizację zarówno pieniędzy budżetowych i jak i sporych środków z Europejskiego Funduszu Społecznego jego realizacja w ciągu prawie 3 lat, nie przyniosła spodziewanych efektów. nbsp;Pracownikom, którzy z jakiś względów stracą pracę w wieku powyżej 50 lat, będzie bardzo trudno podjąć ją na nowo, a czekanie kilkanaście lat na emeryturę, może być dla wielu okresem zbyt długim. Kolejny problem to wynosząca ponad 2 mln osób armia obecnych bezrobotnych. W lutym tego roku poziom bezrobocia zbliży się do 14% czyli bez pracy będzie 2,2 mln ludzi z tego ponad połowa to długotrwale bezrobotni. To bezrobocie specjalnie się nie zmniejsza mimo realizacji dużej ilości inwestycji infrastrukturalnych finansowanych z funduszy unijnych, a także sporych środków przeznaczanych na ten cel z Funduszu Pracy i Europejskiego Funduszu Społecznego. Jest pewne, że wydłużenie wieku emerytalnego jeszcze bardziej zabetonuje rynek pracy dla ludzi młodych także tych z wyższym wykształceniem. Nieuchronnie spowoduje to kolejną falę ich emigracji za granicę, a to jeszcze bardziej pogorszy sytuację finansową systemu ubezpieczeń społecznych w Polsce. Wszystko to więc wskazuje na to, że rząd che poprawić sytuację finansową w ubezpieczeniach emerytalnych tylko i wyłącznie skróceniem czasu pobierania świadczeń przez przyszłych emerytów. Minister Rostowski te zamiary rządu „subtelnie” przedstawił. Zbigniew Kuźmiuk

Film do obejrzenia .

Ten film zostal nakrecony przez brytyjski Chanel 4, ale nie dopuszczono do jego emisji na terenie UK i Irlandii. Opowiada o Polskim Dywizjonie 303 walczącym w czasie II wojny światowej w obronie W. Brytani http://www.youtube.com/watch_popup?v=ptijNcDanVw

PGE likwiduje Dolną Odrę 14.02.2012r. 06:47

SERWIS INFORMACYJNY CIRE 24 Zgodnie z nową strategią Polskiej Grupy Energetycznej do 2030 roku Elektrownia Dolna Odra przestanie de facto istnieć. Wbrew zapowiedziom nie zastąpią jej bloki gazowe i biomasowe. Z przedstawionej przez zarząd PGE prezentacji nowej strategii grupy kapitałowej wynika, że w ciągu kilkunastu lat całe moce Elektrowni Dolna Odra mają zostać wyłączone. Pierwsze 205 MW zostanie odstawione w 2015 roku. Kolejne 454 MW popracują tylko do 2020 roku. Natomiast największe wyłączenie zaplanowano na 2030 rok. Prace zakończą wówczas bloki o łącznej mocy 908 MW. Prezentacja strategii nie przewiduje rekompensat 8 wyłączanych starych bloków z lat 70. nowymi jednostkami. Zgodnie z poprzednią strategią PGE planowała budowę w elektrowni w latach 2015-2016 dwóch bloków gazowych o mocy 400-450 MW każdy oraz jednego lub dwóch bloków opalanych biomasą o mocy od 100 do 200 MW. Jak informowaliśmy w połowie zeszłego roku analiza wykonana przez PGE pokazała jednak, że wariant ten jest nieopłacalny. Spółka informowała o prowadzonych z Gaz-systemem i PSE Operator negocjacjach mogących uratować projekt gazowy. Te najwyraźniej nie zakończyły się jednak powodzeniem. ― To bardzo zła wiadomość dla mieszkańców regionu. Pokazuje, że zeszłoroczna decyzja o sprzedaży przez samorząd 20 proc. udziałów w ZEDO było błędem. gdybyśmy nadal mieli członka rady nadzorczej PGE GiEK nie bylibyśmy zaskakiwani ― mówi mec. Mieczysław Sawaryn, przewodniczący rady miejskiej Gryfina i były członek zarządu elektrowni. Wczoraj do Warszawy przyjechały delegacje największych związków zawodowych z Zespołu Elektrowni Dolna Odra. Mają nadzieje na rozmowę z Ministrem Skarbu Państwa Mikołajem Budzanowskim. W poniedziałek udało im się porozmawiać z wiceministrem gospodarki. Elektrownia Dolna Odra jest największym zakładem Zespołu Elektrowni Dolna Odra. Oprócz niej w skład ZEDO wchodzą jeszcze EC Szczecin z uruchamianym właśnie nowym blokiem na biomasę oraz EC Pomorzany, w której PGE GiEK nadal chce inwestować. Do 2 marca spółka czeka na oferty na budowę bloku gazowego o mocy 200-270 MW.

Przyjaciele Platformy mogą więcej?

Kolejny problem to wynosząca ponad 2 mln osób armia obecnych bezrobotnych. W lutym tego roku poziom bezrobocia zbliży się do 14% czyli bez pracy będzie 2,2 mln ludzi z tego ponad połowa to długotrwale bezrobotni.

blog Zbigniewa Kuźmiuka

Jeszcze w czasie trwania grudniowego skandalu, wywołanego tzw. ustawą refundacyjną, niektóre media pisały o tym, że jednym z beneficjentów nowej listy leków refundowanych jest firma Bioton i jej właściciel Ryszard Krauze.

Jeszcze w czasie trwania grudniowego skandalu, wywołanego tzw. ustawą refundacyjn ą, niektóre media pisały (między innymi Gazeta Polska Codziennie) o tym, że jednym z beneficjentów nowej listy leków refundowanych jest firma Bioton i jej właściciel Ryszard Krauze.

Pisano, że jest beneficjentem i to podwójnym bo tuż przed ogłoszeniem listy nabył spory pakiet akcji tej firmy, które gwałtownie podrożały już następnego dnia, a także dlatego, że wzrosły jej przychody bo w pierwszej wersji tej listy znalazła się na niej tylko i wyłącznie insulina produkowana przez Bioton.

Ale te informacje zostały zagłuszone, wykreśleniem z listy leków refundowanych ponad 800 specyfików, informacjami o poważnym wzroście odpłatności za leki ze strony pacjentów, wreszcie protestami lekarzy i aptekarzy.

Teraz emocje trochę opadły i dowiadujemy się, że Komisja Nadzoru Finansowego, ponoć prowadzi postępowanie wyjaśniające dotyczące nabycia pbr /rzez Ryszarda Krauze prawie120 mln akcji firmy Bioton, których wartość w ciągu następnych kliku dni wzrosła o ponad 20% .

Przyczyną tego wzrostu miało być umieszczenie jako jedynej insuliny produkowanej przez Bioton na liście leków refundowanych i zablokowanie wpr Grupa podkreśliła, że naczelną zasadą programu konsolidacji jest respektowanie pracowniczych praw nabytych; przewiduje też wsparcie pracowników w czasie wprowadzania nowej organizacji pracy, np. poprzez rekompensaty kosztów dojazdu do nowej jednostki czy szkolenia.owadzenia na nią tzw. inP.S. Nam to się zwykle wydaje, że oprocentowanie pożyczki jest z góry znane i że co roku będziemy spłacać taką samą kwotę .suliny analogowej, której firma ta nie ma w swojej ofercie.

Trudno przewidzieć jak skończy się to postępowanie KNF w tej sprawie, będę starał się tę sprawę monitorować składając między innymi stosowne interpelacje, choćby z tego powodu, że jakiś czas temu miała miejsce w Sejmie zadziwiająca zmiana prawa, która była wprost związana z tym samym biznesmenem.

Jakiś czas temu Rzeczpospolita opisała działania przedstawicieli rządzącej Platformy mające na celu wykreślenie artykułu 585 kodeksu spółek handlowych, który umożliwiał oskarżanie właścicieli spółek w sytuacji kiedy działali na ich szkodę.

W tle tej sprawy znajdowało się trwające od grudnia 2010 roku postępowanie prokuratorskie wobec Ryszarda Krauze, którego spółka Prokom Investments udzieliła na bardzo korzystnych warunkach pożyczki firmie K&K na kwotę 3 mln zł, w sytuacji kiedy podmiot ten był winien spółkom biznesmena blisko 30 mln zł i nie regulował zobowiązań.

Wprawdzie później ta 3 milionowa wierzytelność została odsprzedana innej firmie jak twierdzi biznesmen nawet z zyskiem ale operacja ta została dokonana w sytuacji kiedy postępowanie prokuratorskie zmierzało do postawienia biznesmenowi zarzutów.

Operację zmiany ustawy przeprowadzono przez sejmową komisję „Przyjazne państwo” wtedy już pod przewodnictwem posła Platformy Adama Szejnfelda tego samego, który został przecież zwolniony z ministerstwa gospodarki po wybuchu afery hazardowej.

Przewodniczący Szejnfeld niespodziewanie wniósł na komisję w dniu 11 maja 2011 roku nowelizację k.s.h. polegającą na wykreśleniu artykułu 585, choć parę miesięcy temu kodeks był nowelizowany.

Zmianę poparł w imieniu ministra sprawiedliwości Krzysztofa Kwiatkowskiego jego zastępca, a posłowie koalicji PO i PSL ją przegłosowali, mimo tego, że sejmowi eksperci ostrzegali p/pich, że toczące się postępowania właśnie w takich sprawach będą musiały być umorzone. Potem już na sali sejmowej nowelizację przegłosowała także koalicja PO-PSL.

Prokuratura nie miała innego wyjścia musiała zrezygnować z postawienia zarzutów znanemu biznesmenowi i umorzyła toczące się przeciwko niemu postępowanie.

Wszystko wskazuje na to, że obydwa zdarzenia nie były przypadkowe, choć mają różny charakter.

Przedstawiciele rządzącej partii raz pomogli znanemu biznesmenowi uciec od odpowiedzialności karnej za działanie na szkodę własnej spółki, innym razem zapewnili dodatkowe dochody czyniąc jego firmę ważnym dostawcą refundowanego leku, stosowanego przez ponad 2 mln pacjentów.

Uzasadnione wydaje się więc pytanie czy przyjaciele Platformy mogą w Polsce więcej?

Nie będzie referendum ws. wieku emerytalnego

z wnp.pl

Premier Donald Tusk podczas poniedziałkowej debaty w Kancelarii Premiera o planowanych zmianach w systemie emerytur i przyszłości systemu emerytalnego w Polsce zapowiedział, że nie będzie referendum w tej sprawie.
„Jeśli miałbym rzucić w diabły mandat wyborców, dlatego że w jednej sprawie duża grupa się ze mną nie zgadza, to znaczy, że nie miałbym podstawowych kwalifikacji. Ja za chwilę będę przeprowadzał bardzo trudną reformę emerytalną. Nie poddam jej pod referendum. Wiem, że przygniatająca większość obywateli będzie przeciw temu. Odpowiedzialna władza bierze czasami na klatę decyzje, co do których wie, że nie będą cieszyły się akceptacją większości i że nie zyskuje się w ten sposób popularności” – powiedział premier.Związki zawodowe są zdecydowanymi przeciwnikami podniesienia wieku emerytalnego; plany rządu popierają natomiast pracodawcy. Jedni i drudzy zgadzają się, że rozmowy na ten temat będą kluczowym zagadnieniem, którym w tym roku zajmie się Komisja Trójstronna.”Oczekujemy, że temat podwyższenia wieku emerytalnego i zrównania go dla kobiet i mężczyzn będzie jednym z podstawowych zagadnień podczas prac Komisji Trójstronnej” – powiedział PAP sekretarz prasowy OPZZ Grzegorz Ilka.Związek jest przeciwnikiem proponowanych przez premiera Donalda Tuska zmian. Uchwałą prezydium OPZZ z 31 stycznia 2011 r. powołano Ogólnopolski Komitet Protestacyjny OPZZ. W uchwale napisano, że celem komitetu jest „zablokowanie rządowych propozycji podniesienia i zrównania wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn”.Rząd nie uzyska także poparcia związkowców z NSZZ „Solidarność”. Rzecznik prasowy przewodniczącego Solidarności Wojciech Gumułka poinformował w poniedziałek PAP, że pod wnioskiem związku o referendum w sprawie podniesienia wieku emerytalnego podpisało się już ponad 1,1 mln Polaków (aby wniosek mógł być złożony w Sejmie, wymagane jest 500 tys. podpisów).”W najbliższych tygodniach, gdy pojawi się projekt r/pządu, podpisy i wniosek zostaną przesłane do parlame ntu” – powiedział rzecznik. Solidarność uważa, że proponowane przez rząd rozwiązania zmierzają do utrzymania wysokiego bezrobocia wśród osób młodych, jednocześnie skazując na zasiłki lub pomoc społeczną osoby o długim stażu pracy. Także Forum Związków Zawodowych sprzeciwia się planom rządu. Według centrali rozmowy o podniesieniu wieku emerytalnego powinny obejmować dyskusję dotyczącą: możliwości zatrudnienia osób po 50. roku życia, opieki zdrowotnej dla starszych pracowników, rynku pracy dla ludzi młodych, a przede p class=”MsoNormal”wszystkim zwiększenia dzietności. „Bez tego żadna reforma emerytalna nie ma sensu. O tym wszystkim chcemy rzeczowo i wiążąco rozmawiać w Komisji Trójstronnej, tego oczekujemy od rządu. Najgorszym rozwiązaniem byłoby, gdyby rząd po raz kolejny zignorował partnerów społecznych, nie rozmawiał z nimi o zmianach w systemie emerytalnym albo pominął te ustalenia. Możliwe, że wówczas dialog przeniesie się na ulice” – powiedział PAP przewodniczący FZZ Tadeusz Chwałka. Na temat zmian w systemie emerytalnym związkowcy będą rozmawiać w Komisji Trójstronnej między innymi z pracodawcami. Ci są sojusznikami premiera w działaniach zmierzających do podniesienia wieku emerytalnego. Także ekspert z Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych Lewiatan Jeremi Mordasewicz uważa, że sprawa wieku emerytalnego będzie w tym roku kluczowym zagadnieniem, którym będzie musiała zająć się Komisja Trójstronna. „To najważniejsza rzecz, nad którą w tym roku będziemy pracować w Komisji Trójstronnej. Dotyczy ona niemal wszystkich Polaków, ma bezpośredni wpływ na nasze finanse osobiste, obejmuje najistotniejszą kwestię z punktu widzenia deficytu sektora finansów publicznych – powiedział Mordasewicz. Wskazał, że system emerytalno-rentowy (ZUS i KRUS) odpowiada za 70 mld zł deficytu. Według Mordasewicza zmiany są konieczne, ponieważ żyjemy coraz dłużej – średni czas pracy wynosi obecnie ok. 35 lat, a pobierania emerytury 20 lat (co 5 lat średnia długość życia wydłuża się o rok). Organizacja wskazuje, że aby średnie emerytury nie spadły do ok. 1/4 przeciętnego wynagrodzenia, proporcje te powinny się zmienić – powinniśmy pracować ok. 45 lat, a pobierać emerytury ok. 15 lat. Według Lewiatana w ciągu najbliższych 10 lat należałoby zrównać wiek emerytalny dla kobiet i mężczyzn, a następnie podnieść go do 67 lat. Najbliższe posiedzenie prezydium Komisji Trójstronnej ma odbyć się w piątek 10 lutego. Z informacji uzyskanych przez PAP wynika, że wezmą w nim udział szefowie Solidarności, OPZZ, FZZ. Związki te wcześniej zawiesiły udział swoich przedstawicieli w pracach zespołów problemowych Komisji. Minister pracy i polityki społecznej Władysław Kosiniak-Kamysz, pytany w poniedziałek w radiowej „Trójce”, czy przyjął propozycję premiera Tuska dotyczącą kierowania Komisją Trójstronną, powiedział: „Prezes Rady Ministrów wyznacza spośród członków Rady Ministrów przewodniczącego Komisji Trójstronnej ds. społeczno-gospodarczych. Pan premier wyznaczył mnie. Już w tym tygodniu odbędzie się pierwsze posiedzenie prezydium”. Dodał, że prowadzenie komisji to duże wyzwanie, duża odpowiedzialność, ale też pole do popisu. Minister dodał, że resort pracuje intensywnie nad projektem wydłużającym wiek emerytalny i będzie on gotowy w najbliższych dniach. W piątek premier Donald Tusk wyraził nadzieję, że w ciągu 10 dni projekt zostanie przedstawiony do formalnych konsultacji i uzgodnień międzyresortowych. Szef rządu dodał, że projektowane przepisy nie będą zawierały rozwiązań proponowanych przez PSL. Tusk zapowiedział w sejmowym expose stopniowe zrównywanie i podwyższanie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn (od 2013 roku) docelowo do 67. roku życia. Przekonywał, że zmiany w systemie emerytalnym są konieczne, jeśli – jak mówił – „myślimy na serio o tym, by polskie finanse publiczne były rzeczywiście bezpieczne”. Zgodnie z koncepcją premiera, co cztery miesiące wiek emerytalny podwyższany byłby o kolejny miesiąc, co oznaczałoby, że z każdym rokiem będziemy pracować dłużej o trzy miesiące. W ten sposób poziom 67 lat w przypadku mężczyzn osiągnięty zostanie w roku 2020, a dla kobiet w roku 2040. Ludowcy zaproponowali, by wraz z wydłużeniem wieku emerytalnego kobiet umożliwić matkom przechodzenie na wcz eśnippejszą emeryturę – po urodzeniu każdego kolejnego dziecka czas pracy byłby skracany o trzy lata.

„Rzeczpospolita” była pierwszą gazetą w głównym nurcie mediów, która podjęła walkę z oszczerczym określeniem „polskie obozy koncentracyjne”.

Rafał A. Ziemkiewicz

„Polskie obozy” wkraczają do Polski Ponieważ w sprawę tę nigdy nie włączyły się w należyty sposób zobowiązane do tego agendy państwowe (wystarczyłby jeden wygrany proces w USA – ale Polska nigdy nie wysupłała pieniędzy na jego wytoczenie), kalumnie ze światowych mediów, niestety, od tego czasu nie zniknęły, wręcz są rzucane coraz częściej. Jednak prawdziwym szokiem powinien stać się fakt, że nikczemne określenie „polskie obozy koncentracyjne” propagowane jest już także na terenie państwa polskiego, przez ludzi, którzy wprawdzie nie uważają się za Polaków, ale używają polskiego języka. Propagowane na dodatek za pieniądze polskiego podatnika. Ruch Autonomii Śląska – współrządzący w tamtejszym samorządzie w koalicji z Platformą Obywatelską – zapowiedział bowiem „naukową” konferencję połączoną z pokazem filmu o takim właśnie tytule. Ostra reakcja środowisk prawicowych skłoniła wprawdzie separatystów do złagodzenia retoryki, ale zrobili to półgębkiem, bez przeprosin ani wycofania się ze swoich tez. Bo też nie mieliśmy do czynienia z incydentem. Kto śledzi działalność szefa RAŚ pana Gorzelika i jego akolitów wie, że teza, jakoby stalinowskie obozy na terenie Śląska, w których komuniści mordowali polskich patriotów, były „polskimi obozami dla Ślązaków”, jest ważnym elementem judzenia o krzywdach i represjach, doznanych przez „narodowość śląską” od Polaków. Przerażające jest to, że wybryki RAŚ nie spotykają się z potępieniem wpływowych mediów, i w ogóle środowisk oddanych rządzącej partii. Przeciwnie, lansują one modę na bezmyślne solidaryzowanie się z separatystami i deklarowanie „narodowości śląskiej”. Aby tylko na złość Kaczyńskiemu. Autor jest publicystą tygodnika „Uważam Rze”

Kaczor Donald zadzwonił do Premiera Tuska

Media nie odnotowały tej rozmowy.

Szanowny Panie Ministrze, Drogi Przyjacielu Jacku.

Dziękuję za Twój list kierowany do przyjaciół ekonomistów. „Rzeczpospolita” poprosiła kilku ekonomistów, których uważa za Twoich przyjaciół, czyli adresatów Twojego listu, żeby na niego odpowiedzieli. Odpiszę z przyjemnością, ponieważ nie rozmawialiśmy od dłuższego czasu, od spotkania w Twoim gabinecie gdy próbowaliśmy się nawzajem przekonać do swoich racji. Jak pamiętasz skończyło się jak zwykle między ekonomistami. Serdecznie gratuluję Ci pasma sukcesów, o których piszesz. Możemy być dumni, że Twoje światłe, przemyślane i zawczasu zaplanowane decyzje przeprowadziły Polskę suchą stopą przez kryzys i zapewniły nam znaczący wzrost poziomu życia. Pragnąłbym dodać, że drobny udział w tym sukcesie mieli też polscy przedsiębiorcy, chociaż ich zasługi nie dorównują Twoim, za co słusznie byłeś wielokrotnie wyróżniany w prestiżowych rankingach, z czego też jesteśmy dumni. Docenili to również sami Polacy, którzy w dowód wdzięczności wybrali Cię do Sejmu. Wszyscy trzymamy kciuki, żeby Twój długi, dwukadencyjny ― To bardzo zła wiadomość dla mieszkańców regionu. Pokazuje, że zeszłoroczna decyzja o sprzedaży przez samorząd 20 proc. udziałów w ZEDO było błędem. gdybyśmy nadal mieli członka rady nadzorczej PGE GiEK nie bylibyśmy zaskakiwani ― mówi mec. Mieczysław Sawaryn, przewodniczący rady miejskiej Gryfina i były członek zarządu elektrowni., thacherowski marsz zakończył się sukcesem. Jeżeli tak się stanie, to z pewnością powstanie nowa kategoria reform gospodarczych, które, jako Twoi przyjaciele z pewnością określimy mianem metody Rostowskiego. To przełomowa metoda, która pozwala przeprowadzić szereg fundamentalnych i niepopularnych reform strukturalnych w taki sposób, że nikt tego nie zauważył, bez niepokojów społecznych, bez spadku popularności rządzącej partii. Mam nadzieję, że po udanym zakończeniu drugiej kadencji, gdy odejdziesz obsypany nagrodami, wyróżnieniami i doktoratami honoris causa, znajdziesz chwilę na napisanie książki, która opisze tę metodę. To będzie podręcznik, z którego będą pobierać nauki całe pokolenia ekonomistów w Międzynarodowym Funduszu Walutowym, Komisji Europejskiej i na najlepszych światowych uczelniach. Mam nadzieję, że Twoi przyjaciele ekonomiści będą mogli liczyć na autograf. Oczywiście dotychczasowe sukcesy nie powinny Ci przesłonić wyzwań, które stoją przed Polską. Na szczęście Twoje umiejętności trafnego przewidywania rozwoju wydarzeń, podejmowania trudnych decyzji, Twoja rozległa wiedza i doświadczenie, o których mówi się nawet na brukselskich salonach, są gwarantami sukcesu. Przykłady mądrych i rozważnych decyzji można mnożyć, było ich znacznie więcej niż te wymienione w Twoim liście. Polacy z pewnością docenią liczne interwencje walutowe podległego Ci banku, dzięki czemu można było obniżyć dług publiczny oraz, co ważniejsze dla Polaków, obniżyć ceny paliw na stacjach. To są nowe standardy prowadzenia polityki gospodarczej, standardy XXI wieku i to miło, że Polska jest pionierem w ich wyznaczaniu. Wydarzenia minionych miesięcy dowodzą, że te standardy są coraz szerzej przyjmowane w całej Unii Europejskiej, co jasno pokazuje, że byłoby niezrozumiałe gdyby Komisja Europejska nie skorzystała z Twojej olbrzymiej wiedzy i doświadczenia i nie zaproponowała Ci stanowiska ważnego komisarza, a może nawet przewodniczącego Komisji Europejskiej. Jako Polacy i Twoi przyjaciele bylibyśmy z tego dumni. Wracając do wyzwań, które przed nami stoją, poza możliwym rozpadem strefy euro, o czym sam piszesz w swoim liście, można jeszcze wspomnieć nadchodzący kryzys demograficzny, czyli szybkie starzenie się społeczeństwa i spadek liczby ludności, co mogłoby rozsadzić finanse publiczne naszego kraju, ale Twoje reformy z wyprzedzeniem przygotują nas na ten szok. Doceniamy fakt, że zaproponowałeś wydanie na bieżące potrzeby rezerwy demograficznej. Skoro Twoje reformy spowodują że rezerwa będzie niepotrzebna, to lepiej ją spożytkować tu i teraz. Jesteśmy pełni podziwu, że przewidziałeś spadki na światowych giełdach i zawczasu odebrałeś OFE część pieniędzy, żeby bez sensu nie roztrwonili naszych pieniędzy na inwestycje giełdowe. Prawdziwy zachwyt budzi Twoja świadoma polityka zatrudnienia dziesiątek tysięcy nowych urzędników w administracji publicznej, dzięki czemu pracujące osoby mogą wydawać zarobione pieniądze nakręcając konsumpcję. Lord Keynes, gdyby żył, byłby pod wrażeniem. Przywołany przez Ciebie wieloletni premier Wielki ej Brytanii Harold MacMillan mawiał również, że gdy kurtyna opadnie, najlepszą rzeczą jak może zrobić aktor to odejść. Życzę Ci, aby to przedstawienie, którego drugą część obserwujemy po krótkim antrakcie, które zostało przez Ciebie wyreżyserowane i w którym grasz główną rolę, było dla widzów źródłem olbrzymiej satysfakcji. I czekamy na wielki, ekscytujący finał. Pozdrawiam Krzysztof Rybiński, ekonomista

ACTA

Wojciech Cejrowski o ACTA

Opublikowano: czwartek, 26, styczeń 2012 16:00 Na temat ACTA myślę tak: ZAGROŻENIE. Należy zwalczać ten akt prawny, należy zwalczać władze, które chcą ACTA wprowadzać. Zwalczać… mało powiedziane! Władze, które wpadają na takie pomysły są niebezpieczne i należy je obalić, bo nawet jeśli dziś powstrzyma się ACTA, to jutro oni wymyślą co ś następnego. Już teraz pełno jest kamer w miastach, pełn o śledzenia obywatela w internecie, w sklepie, w zbliżeniowej karcie kredytowej, w komórce, w odciskach palców na granicy, w skanerach całego ciała przed wejściem do samolotu, w tych numerach pesel i NIP, które nam nadają, w kolczykowaniu każdej krowy na Twoim polu, w numerowaniu jajek w sklepie, znacznikowaniu każdego telewizora i komputera w fabryce, w montowanych na stale GPSach, które śledzą ruchy Twojego auta zawsze, chcesz, czy nie, w czytnikach do oka, które mają zastępować klucze do drzwi, w identyfikatorach głosu, które mają być „ułatwieniem dla Ciebie”, do obsługi „wyłącznie Twojego sprzętu”… Tęczówka, siatkówka, fale mózgowe, odciski palców, pomiary izometryczne głowy, kod kreskowy przypisany do obywatela… ZAGROŻENIE. A zatem władzę, która wprowadza ACTA należy obalić. Dla własnego bezpieczeństwa. A piractwo w sieci? Z piractwem się nie wygrywa zakazami – z piractwem należy walczyć poprzez wyprzedzanie piratów na zakrętach. Steve Jobs – ten od firmy Apple – wyprzedził piratów, gdy zaczął sprzedawać legalnie piosenki po 99 centów za sztukę. Skończyło się nielegalne kopiowanie , bo większość ludzi woli za dolara kupić sobie porządny plik z piosenką, okładką, opisem, niż niepewny od pirata za… no właśnie – za ile piratowi się opłaca, w sytuacji, gdy legalnie można kupić za 99 centów? W podobny sposób należy zwalczać piractwo we wszystkich miejscach – to znaczy, należy legalny towar oferować tanio w dobrej jakości. Pirackiej płyty DVD w USA się już nie kupi. Dlaczego? Bo nie ma klientów. Nie ma chętnych na pirackie kopie. A nie ma dlatego, że można sobie za 9 dolarów miesięcznie wykupić usługę NETFLIX, podłączyć internet do telewizora i oglądać wszystkie filmy świata w ramach tych 9 dolarów miesięcznie. Wykupiłem. Jestem w Polsce – działa, jestem w Meksyku – działa, a teraz jestem w USA na prerii, i też działa – odpalam laptopa, podłączam kabelek do telewizora i oglądam na co mi akurat przyjdzie chęć. Stare programy telewizyjne, stare filmy czarno-białe, najnowsze filmy z kina, wczorajszy mecz futbolowy… co tylko mi się podoba. ACTA wprowadzane dzisiaj jest potrzebne wyłącznie władzy. Dziesięć lat temu jakoś się za to nie brali, a wtedy piractwo było problemem prawdziwym. Dzisiaj już nie jest. I przypomnę Państwu kto to pisze: facet, który żyje ze sprzedaży dzieł w rozumieniu prawa autorskiego, czyli facet, którego wkurza, gdy jest okradany przez internetowych piratów. Okradają mnie i denerwują codziennie. Wywieszają nielegalne wersje moich książek, audycji radiowych, moich programów telewizyjnych, potem kasują za to pieniądze, ale ze mną się nie dzielą – ZŁODZIEJE wartości intelektualnej. Ja z obrotu prawami do moich utworów utrzymuję rodzinę i kilkunastu pracowników, z których większość ma swoje rodziny i dzieci… A zatem pisze to wszystko facet, którego osobiście dotyka problem piractwa w internecie.I z tej mojej pozycji, osoby okradanej, oszkodowanej, piszę, że ACTA jest zagrożeniem większym dla mnie osobiście, niż wszyscy ci piraci. Bo ACTA to ograniczenie wolności osobistej, swobód obywatelskich, to wpieprzenie się władzy w przestrzeń, gdzie władzy być nie powinno. A ponieważ władza raczej nie zrezygnuje sama, to trzeba jej pomóc – OBALIĆ. Nawet lewacy zaczynają się orientować, że Tuski to zagrożenie. Nawet lewacy zaczynają ię orientować, że wrogiem nie jesteśmy my katole, narodowcy, homofoby, tylko władza. Z lewakiem mogę żyć na jednym osiedlu; nie lubię go, nie cenię jego poglądów ani stylu życia i tu się kończy konflikt. Wojna między nami zaczyna się dopiero wtedy, gdy ponad nami pojawia się władza. To władza napuszcza ludzi na siebie. To władza jest inżynierem konfliktów. To władza wydaje zezwolenia na dwie manify na tej samej ulicy o tej samej porze. To władza jednym wydaje licencję na nadawanie, a innym nie daje. To władza ustawia starych ludzi w kolejkach do aptek. To władza zabrania Ci zatrudniać tanią ukraińską sprzątaczkę. To władza każe Ci zapłacić cło za komputer, który chcesz sobie sprowadzić z USA. To władza za twoje pieniądze zamawia autostradę u Chińczyków, ale jednocześnie ta sama władza nigdy w życiu nie kupiłaby swojej własnej córce chińskiego samochodu, ani chińskiej liny alpinistycznej, ani niczego, od czego zależy bezpieczeństwo i zdrowie. To władza produkuje dziesiątki tysięcy magistrów i zapewnia im zero miejsc pracy. To władza obiecuje Ci konkretne rzeczy w exposee premiera, a potem nigdy nie rozlicza się z ich wykonania. Obudziłeś się lewaku, lemingu, czy kim tam chcesz być? Widzisz już, gdzie jest Twój wróg? To nie ja, nie Jarosław, nie Dyrektor – my mamy po prostu radykalnie odmienne poglądy w większości spraw. A wrogiem Twoim, moim, naszym jest ta władza. I nawet nie proszę Cię byś mi ją pomógł obalić – po prostu obalaj ją sam ze swojej strony, a ja z mojej. Będę wdzięczny, jeśli ktoś popchnie tę władzę w tym samym czasie, gdy ja popycham. Zacznie się kiwać, raz w lewo, raz w prawo i w końcu runie w cholerę.

wc

Spisane będą czyny i rozmowy

Krzysztof Feusette

Rzecznik rządu w ostatnim geście rozpaczy próbuje przekonać Polaków, że „nie chodzi o to, by przeciwstawiać sobie obie ekspertyzy”: komisji Millera (głos Bł/h2asika w kokpicie) i krakowskich biegłych (to nie Błasika głos). Problem w tym, że dokumentów spisanych i podstemplowanych nie sposób nagiąć do potrzeb rządu. Tych ekspertyz nie trzeba przeciwstawiać, one po prostu się wykluczają. A dlaczego? Zdaniem Pawła Grasia chodzi o to, że „wraz z postępem technicznym” dowiadujemy się nowych rzeczy. Odznaczeni za Smoleńsk – jak wszyscy to wszyscy! Czy jest w Polsce jeszcze ktoś, kto takie wystąpienia partii rządzącej traktuje poważnie? Oczywiście – nazywa się Tusk, Donald Tusk i właśnie „po zasięgnięciu opinii ekspertów” (tych z komisji Millera) zdecydował, że nowej, nieskompromitowanej komisji badającej przyczyny katastrofy smoleńskiej nie budiet, izwinitie, nie będzie. A jednak, mimo tego, że na naszych oczach wciąż rośnie wysypisko smoleńskich kłamstw rzucanych przed wieprze tylko (a może nie?) dlatego, że na najwyższych szczeblach władzy uznano, iż jakiekolwiek obarczanie przyjaciół Moskali winą za katastrofę oznaczać będzie spadek poparcia Platformy, a może i wzrost poparcia PiS, wciąż pielęgnuję w sobie wiarę, że prawda ujdzie cało. Jaka by nie była. Bo na kłamstwie buduje się wyłącznie reżimy. Może się więc Janusz Palikot ze swoją cudaczną drużyną choćby i rozebrać do naga, a potem biegać dookoła Sejmu z gołą prawdą o własnym charakterze. Może wypalić nie jednego, a całą paczkę skrętów z marihuaną, a potem u Moniki Olejnik opowiadać, co widział, co słyszał, i czy było zajefajnie czy odjazdowo. Może już dziś ze sztabem ludzi od śmierdzącej roboty główkować i tłuc tym, co ma na szyi, w ścianę, by wymyślić kolejne sposoby „przykrycia” hańby i całkowitej indolencji rządu Platformy Obywatelskiej przy prowadzeniu śledztwa smoleńskiego. To se ne vrati, pane Palikotu, to se ne vrati. Przypomnieć tu zresztą trzeba, że to właśnie właściciel świńskiego ryja przekonywał, iż według jego informacji „wszyscy na pokładzie tupolewa byli pijani”. Dziś – zapewne z dobrego serca – swoją akcją „Zapalę trawkę w Sejmie” wyciąga rękę do rządu Donalda Tuska, by pomóc mu wydostać się z postsmoleńskiego bagienka kompromitacji. Palikota wspiera swym gwałtownym oburzeniem, a jakże, nagle zatroskana o zdrowie Polaków marszałek Ewa Kopacz. Wspierają media te, co zwykle, wiadomo, wszystkie kłamstwa na pokład. I tak słyszymy np. w serwisach informacyjnych, że „nie ma dowodu, iż generał Błasik był w kokpicie, ale nie ma też dowodu na to, że go tam nie było”. Fajne, prawda? Choć nawet w „urbanowych” uszach najbardziej oddanych salonom dziennikarzy nie brzmi to chyba dobrze, skoro natychmiast pojawia się nowa śpiewka – ciało Błasika znaleziono „w okolicach kokpitu”, więc musiał w tymże kokpicie siedzieć, stać lub chociaż żłopać z gwinta wino za 3 złote. Niestety – dla smoleńskiej sekty ( jak trafnie nazwał w salonie24 środowisko fałszujące prawdę o katastrofie jeden z najlepszych polskich blogerów – Rybitzky), kłamstwo wciąż ma krótkie nóżki i choćby te nóżki wszyscy ludzie premiera i prezydenta, w Polsce i w Rosji, ciągnęli wołami, prawda prędzej czy później i tak wyjdzie na jaw. Oczywiście, można – jak premier – udawać, że Tomasz Arabski i jego żenująco-skandaliczna postawa wobec śp. prezydenta Kaczyńskiego nie miała tu nic do rzeczy, można go nawet – jak ppremier – awansować. Można – jak prezydent – być głuchym na dziesiątki rzetelnie udokumentowanych publikacji mówiących o rażących zaniedbaniach Biura Ochrony Rządu, można nawet – jak prezydent – szefa tegoż BOR-u odznaczać i doceniać. Można opowiadać głodne kawałki – jak minister Sikorski – o tym, że wkrótce odzyskamy wrak, a gdy go nie odzyskujemy, twierdzić – jak Sikorski – że „wrak już nie jest dowodem”. Można wreszcie – jak „Gazeta Wyborcza” – przykuć się kajdanami manipulacji do kaloryfera z napisem „Błasik winny” i trwać tam, aż nie przyjadą lekarze. Ale kłamstwa smoleńskiego się jednak w prawdę nie zmieni. Nie ukryje się, że tysiące pustych słów o wielkim zaufaniu do Rosjan, o wielkiej naszej z nimi przyjaźni, to jedynie medialne balony rzucane przed lemingi. Bo od początku ci właśnie Rosjanie nie potrafili nam zaprezentować choćby taśmy z zapisem wydarzeń 10 kwietnia. Czemu? Magnetowid… się zepsuł. Starania naszej dyplomacji (a raczej tego, co z niej zostało) o jakąkolwiek pomoc ze strony rosyjskiej przy wyjaśnieniu przyczyny tragedii to pasmo polskiego wstydu. Co gorsza, kilka lat permanentnej indoktrynacji sprawiło, że część Polaków naprawdę uwierzyła w choćby i najbardziej absurdalne przyczyny katastrofy – że piloci lądowali na rozkaz prezydenta, że ten z kolei otrzymał taki rozkaz od swojego brata, że skoro w czasie lotu do Gruzji Lech Kaczyński chciał wylądować bliżej dramatycznych wydarzeń, by być szybciej w ich centrum, to i tu, nad Smoleńskiem kazał lądować niezależnie od warunków. Że piloci – jak chcą ich koledzy zapraszani do studia TVN24 – byli samobójcami, i kiedy mówili, że nie chcą lądować, to chcieli. I że nazywali się „debeściakami”. I że Błasika bali się bardziej niż śmierci. Nad pilotami TVN24 warto by się zresztą pochylić nieco dłużej, gdyby nie fakt, że nic nie wytwarza tak brzydkiego zapachu jak ludzie, którym parcie na szkło i poklepywanki w gabinetach odbierają przyzwoitość wobec zmarłych kolegów. Po stokroć wolałbym i dziś lecieć samolotem pilotowanym przez śp. Arkadiusza Protasiuka niż któregoś z tych kilku, pożal się Boże, oblatywaczy smoleńskiego kłamstwa. Lista hańby jest zatrważająco długa, bo nie ma tu mowy o jakichś pomyłkach, niedopatrzeniach, kontrowersjach czy wątpliwościach. Od dnia katastrofy trwa festiwal obrażania tych, którzy dążą do prawdy o Smoleńsku i wynoszenia na piedestał tych, którzy mocniej obryzgają pamięć ofiar. Pomnika na Krakowskim Przedmieściu nie ma. Znicze sprzątano, zanim wygasły. Dwieście tysięcy osób, które w kilkunastogodzinnej kolejce czekały, by pożegnać parę prezydencką, budziło lęk publicystów i współpracowników prorządowych mediów. Słowo „naród” do dziś wywołuje ich strach. Andrzej Wajda, by ten naturalny zryw współczucia zdeprecjonować, rzucał wychwalane przez „Wyborczą” hasło, by palić znicze na grobach sowieckich żołnierzy. Lista hańby jest długa i wiele na ten temat powstanie książek, filmów dokumentalnych, może kiedyś i fabularnych. A wszystko zaczęło się od słów Palikota, że to, co zostanie uczynione ze śledztwem smoleńskim, będzie decydowało o kształcie polskiej polityki przez najbliższe pięć lat. Pierwszy i zapewne ostatni raz zgadzam się z Palikotem, choć zakończenie tej historii będzie chyba jednak inne niż mu się marzyło. Nie minęły dwa lata, a już wielka kontroli prawdy o locie chwieje się w posadach. Rozsadzają ją korzenie, które wolna Polska zdążyła zapuścić w świadomości Polaków i tych nielicznych instytucjach, jakim udało się obronić przed tefałszenizacją życia publicznego.

Gdzie Platforma schowała swych słynnych fachowców

autor: Ryszard Waniek 15-01-2012 źródło: RP Reforma szkolnictwa schrzaniona. Reforma służby zdrowia – rząd wycofuje się rakiem. Prokuratura –kompromitacja. Co eksperci PO zrobili z naszym państwem.Kolejny tydzień kryzysu refundacyjnego potwierdził to, co przeczuwali jeszcze niedawno wszyscy. Ustawa refundacyjna – zmieniana w ostatnich dniach w szaleńczym tempie w Sejmie – wcale nie jest takim cudem, jak dotychczas przekonywali premier i minister zdrowia. Ba, nawet sam Grzegorz Schetyna w wywiadzie radiowym przyznał, że rząd nie poradził sobie kompletnie z przekonaniem Polaków do tego, że ta ustawa jest świetna. Dlatego musiał się z części propozycji godzących w lekarzy i aptekarzy zacząć wycofywać. Sprawa jest powszechnie znana, mnie jednak zastanawia co innego. Kryzys refundacyjny jest bowiem i merytoryczną i wizerunkową porażką rządu. PO starała się wszak budować wizerunek fachowców, nie ideologów, ale chłopaków od ciężkiej roboty, którzy nie chcą zatruwać życia obywateli sporami, lecz chcą wziąć na siebie trud administrowania państwem, zapewnienia nam słynnej ciepłej wody w kranie. Poległa nie tylko na kolejach czy terminowym wykonaniu autostrad. Nie tylko na reformie obniżającej wiek szkolny, tak by sześciolatki szły obligatoryjnie to pierwszej klasy. Poległa nie tylko na prezydencji i obietnicach, że tylko europejski rząd PO zapewni Polsce należne nam miejsce przy stole obrad Euro Grupy. Ale poległa też w sferze służby zdrowia: kolejki wcale się nie zmniejszają, podobnie jak i długie szpitali. Reforma refundacyjna, która miała być sukcesem okazała się niewyobrażalną klęską. Okazało się też, że PO jest pijarowsko niezdolna do przykrycia swej porażki w tej dziedzinie. To naprawdę zdumiewające, bo w czym jak w czym, ale w pozyskiwaniu sobie sympatii Polaków, Platforma była niezła. *** Dlatego zastanawiam się gdzie się podziali ci wszyscy fachowcy Platformy. Gdzie ich schowano? Może wysłano na urlop? Może zwolniono w ramach oszczędności? Wszak jeśli przypomnieć podstawowe cele, jakie stawia się nowoczesnemu państwu, widzimy same klęski. Podstawowe usługi publiczne to infrastruktura transportowa, edukacja, służba zdrowia i wymiar sprawiedliwości. W tym tygodniu mieliśmy możliwość zobaczenia z całą mocą przerażającego stanu, w jakim znajduje się ten ostatni. Spektakularne chybienie płk Przybyła podczas próby strzelenia sobie w głowę pozwoliło Polakom zajrzeć na chwilę za podszewkę tego, jak wygląda polska pr/h2/pokuratura. Widok okazał się jeszcze bardziej przerażający niż zdjęcia samego Przybyła w kałuży krwi zamieszczone na pierwszej stronie SuperExpressu. Przerażającej słah3b ości prokuratury mógł się domyślać każdy, kto choć pobieżnie śledził smoleńskie śledztwo. Nasi prokuratorzy odbijali się jak do ściany przy próbach wyegzekwowania czegokolwiek od swych rosyjskich partnerów. A prestiżowa porażka prokuratury to też porażka polskiego państwa. Od kilku miesięcy stało się jasne, że znacznie łatwiej niż prawdy o katastrofie prokuratorom przyszło śledzić dziennikarzy, którzy się o nią upominali. Stąd próby inwigilowania dziennikarzy, usiłowanie bezprawnego ujawnienia ich informatorów A piractwo w sieci?czy próba złamania tajemnicy korespondencji przez żądanie do operatorów komórkowych wglądu w treść pisanych przez reporterów smsów. I jakby tych wszystkich porażek było mało jeden z prokuratorów postanawia w przerwie konferencji prasowej strzelić sobie w usta. Czego się nagle dowiadujemy? Że prokurator wojskowy może w swym wystąpieniu skrytykować swego cywilnego zwierzchnika i oskarżyć go o próbę skręcania śledztw, a i tak szef prokuratury wojskowej weźmie go w obronę. Że gdy naczelny prokurator wojskowy wypowiada posłuszeństwo swemu zwierzchnikowi prokuratorowi generalnemu to prezydent i premier przekonują, że… nie można zbyt pochopnie podejmować decyzji personalnych, co oznacza de facto… nic się nie stało. Na szczęście ostrzej zareagował minister sprawiedliwości Jarosław Gowin, ale pobłażanie prezydenta i premiera to zgoda na to, by polskie państwo – którego częścią wszak jest prokuratura – dalej się psuło. Oczywiście politycy Platformy Obywatelskiej przekonują, że prokuratura jest dziś niezależna od polityków i nie mogą za nią odpowiadać. Kto jednak wyłączył prokuraturę spod kontroli ministra sprawiedliwości? PO. A więc ponosi pełną odpowiedzialność za to, co się w niej w tej chwili dzieje. Inna rzecz, że ustawa o uniezależnieniu prokuratury od ministra sprawiedliwości, któreA zatem władzę, która wprowadza ACTA należy obalić. Dla własnego bezpieczeństwa.j fatalne skutki dziś dostrzegamy jest dobrym przykładem choroby trawiącej państwo polskie, polegające na dobrowolnym wyrzekaniu się przez rządzących odpowiedzialności za potencjalnie kłopotliwe dziedziny życia, przy jednoczesnym centralizowaniu spraw, z którymi mogą dla władzy wiązać się korzyści. Przykłady? Szpitale, przedszkola czy szkoły w żaden sposób nie podlegają dziś rządowi. Ich właścicielem i pracodawcą są samorządy. Rząd tylko wyznacza standardy. A że samorządy nie mają pieniędzy by je realizować to przecież już nie zmartwienie premiera. Prokuratura? Przecież jest niezależna od rządu, niech się w niej dzieje co chce. Z kolei tam, gdzie chodzi o duże pieniądze, nagle państwo się pojawia. Wyrzucanie śmieci? Jasne – tylko gmina będzie miała prawo je organizować. Nowa ustawa śmieciowa likwiduje wolny rynek przedsiębiorstw zajmujących się wywozem śmieci, przerzucając ten obowiązek na gminę, która w przetargach wyłoni odpowiednią firmę. Już widzę te przetargi. Wolny rynek zniknął również właściwie z branży lekowej, ponieważ nowa ustawa refundacyjna uniemożliwia np. aptekom konkurowanie, zaś ceny wielu leków ustalane będą w negocjacjach firm z rządem. Oczywiście koncerny medyczne słyną z chciwości, ale stara liberalna zasad mówi, że niższe ceny daje wolny rynek, zaś reglamentacja je podnosi. Ale może się zatrzymałem na jakimś wcześniejszym etapie rozwoju myśli politycznej i po prostu nie potrafię dostrzec mądrości, która się za tym wszystkim kryje. Bo na moje oko to psucie państwa. *** Czwartkowa decyzja sądu okręgowego w Warszawie uznająca Czesławpa Kiszczaka winnym zbrodni komunistycznej polegającej na wprowadzeniu stanu wojennego jest też kwintesencją polskiego państwa. Państwa, które nie potrafiło sobie poradzić choćby z symbolicznym ukaraniem autorów najtragiczniejszego wydarzenia ostatniego półwiecza – wprowadzonej 13 grudnia 1981 wojny polsko-polskiej. Wyłączenie ze sprawy generała Jaruzelskiego, choć motywowane względami humanitarnymi, też pokazuje jak kulawa może być satysfakcja ofiar stanu wojennego z wyroku. Czasem jednak to nasze państwo potrafi się spiąć i coś doprowadzić do końca: zbudować kawałek autostrady, zbudować narodowy stadion, port gazowy czy wydać słuszny wyrok. Mnie jednak myślenie o wyroku zmąciło jedno wydarzenie. Otóż we czwartek rano w publicznej telewizji, w informacyjnym kanale TVP Info, o długą apologię stanu wojennego poproszono Jerzego Urbana. Mistrz PRLowskiej propagandy robił to co potrafi najlepiej – bronił racji generała Jaruzelskiego za wprowadzeniem stanu wojennego. Nie uważam, by Urbana należało wykluczać z życia publicznego, ba, nie oburzam się, gdy ktoś robi z nim wywiady. W pewnym sensie jest on ważnym świadkiem historii. Ale zaproszenie go do publicznej telewizji jako jedynego gościa w dniu ogłoszenia wyroku na autorów stanu wojennego, zbrodni komunistycznej, której częścią, według sądu, był działanie mechanizmu propagandy w mediach publicznych, jest czymś wyjątkowo niestosownym. Ktoś, kto stanął po stronie ZŁA, nie powinien w normalnych, demokratycznych warunkach być uznawany za pełnoprawnego komentatora. Oczywiście nie porównuję PRL do Al Kaidy, reżimu irackiego ani serbskiego, ale uważam też że Chemiczny Ali nie powinien komentować wyroku sądu ws. Saddama Husseina, Chalid Szejk Mohhamed zamachów z 11 września, ani Ratko Mladić procesu Miloszewicia. Podobno w tej sprawie oburzył się sam prezes TVP Juliusz Braun. Szkoda nerwów panie prezesie. Donald Tusk się też często wścieka, a bardzo niewiele z tego wynika.

Blog Kataryny

Strzały w „wolnościowym raju” 12-01-2012 Tomasz Nałęcz: Jesteśmy rajem wolnościowym, a Węgry są piekłem. Czyli kolejna z mądrości prezydenckiego doradcy, świeżutka, z dzisiejszego rana. Nie wiem czy to indywidualne przemyślenia Nałęcza, czy oficjalne stanowisko Prezydenta RP, ale trzeba Nałęczowpi oddać – wielce oryginalny sposób prowadzenia polityki zagranicznej. Obrażanie Węgier w mediach przez przedstawiciela naszej Głowy Państwa to polski wkład w sztukę dyplomacji. Nawet gdyby faktycznie Węgry były „piekłem” a Polska „wolnościowym rajem” taka publiczna wypowiedź szokuje, i chyba dobrze byłoby aby Prezydent przywołał swoje „usta” do poprządku zanim nam całkiem nabrużdżą na arenie międzynarodowej. I już nawet nie dlatego, że ta wypowiedź jest zwyczajnie głupia, ale – w świetle wydarzeń z ostatniej chwili – po prostu śmieszna. TVN24: Prokurator Naczelnej Prokuratury Wojskowej Mikołaj Przybył strzelił do siebie po konferencji prasowej w Poznaniu. Żyje, jest reanimowany.Po bardzo emocjonalnej konferencji prasowej nt. billingów dziennikarzy prokurator poprosił media o przerwę. Gdy został w pomieszczeniu sam, padł strzał. (…) Wcześniej mówił, że prokuratura wojskowa w Poznaniu miała podstawy prawne, by żądać od operatorów telekomunikacyjnych danych personalnych, danych połączeń i treści SMSów. W wystąpieniu zaatakował media i Prokuraturę Generalną. Nie wiem jakim „piekłem” są Węgry, ale z pewnością państwo, w którym prokurator wojskowy strzela do siebie w obecności mediów, bo mu się przyszło przed nimi tłumaczyć z inwigilowania tych nielicznych dziennikarzy, którym się jeszcze chce grzebać w tajemnicach tragicznej śmierci Prezydenta, „wolnościowym rajem” nie jest. I chciałabym abyśmy choć trochę tej troski o demokrację, jaką mamy dzisiaj dla Węgrów, zachowali też dla swojego państwa. Bo dzisiejszy dzień przyniósł kolejny dowód na to jak bardzo jej potrzebuje. A Nałęcz? Cóż, w normalnym kraju prezydent musiałby się z jego wypowiedzi tłumaczyć. Ale w „wolnościowym raju” nie takie rzeczy można powiedzieć o rządzie. O rządzie Węgier, rzecz jasna. 11:06, kataryna.kataryna br / p p nbsp; p /p

Nie masz uprawnien do przeglądania i dodawania komentarzy