Wydarzenia Grudniowe 1970

„Czarny Czwartek” – 17 grudnia w Szczecinie

 

Niekontrolowany łańcuch tragicznych wydarzeń zaczyna się od przerwy śniadaniowej w „Warskim”. Tego dnia zginie w Szczecinie 13 osób, zniszczenia  będą trzy razy większe niż w Gdańsku, Gdyni i Elblągu razem wziętych.


Stocznie i pierwsze walki na Rajskiego i Mazurskiej

Przerwa śniadaniowa w „Warskim” rozpoczęła się koło godziny 9, w czasie jej trwania z jednego z wydziałów wychodzi kilkudziesięciu robotników, chodzą po terenie stoczni i nawołują do przerwania pracy. „Partyjni”, mający prowadzić planowane masówki, nie kontrolują sytuacji. Koło godziny 10 następuje tajemnicza awaria prądu, w stoczni nie działają telefony, podgrzewa to atmosferę. Antoni Walaszak, sekretarz wojewódzki PZPR (Ślązak, człowiek E. Gierka), odmawia przybycia do wstrząsanej niepokojami stoczni. Mówi ponoć przez telefon „z hołotą rozmawiać nie będę”. W tym samym mniej więcej czasie „staje” stocznia remontowa „Gryfia”, w której pracuje około pięciu tysięcy pracowników, półtora tysiąca z nich przepływa Odrę roboczymi promami, zmuszając ich załogi do współpracy. Kierują się do „Warskiego” nawołując do strajku. Około 10.30, pół tysiąca robotników „Warskiego” opuszcza przez otwarte bramy teren stoczni, idą w stronę centrum miasta, pochód ma charakter pokojowy (sic!). Warto tu zaznaczyć, że zdecydowana większość robotników pierwszej zmiany w „Warskim” została w stoczni do 14.30, czyli do końca dnia pracy. Demonstranci skandują „Żądamy obniżki cen”, „Szczecin z Gdańskiem”, „Chleba dla naszych dzieci”. Pod powstającym właśnie „Domem Marynarza” kolumna demonstrantów dzieli się, część chce iść pod KW PZPR a część pod Wojewódzką Radę Narodową (dziś Urząd Miejski). Do pierwszego starcia dochodzi na skrzyżowaniu ulic Rayskiego i Mazurskiej. Oficer z tyraliery milicyjnej rozlokowanej na ulicy Rayskiego wzywa demonstrantów do rozproszenia się, na co w odpowiedzi w stroną milicjantów lecą kamienie. Przy użyciu gazu i pałek milicja rozbija demonstrację, większość ludzi cofa się w kierunku stoczni. Opinię Edmunda Bałuki, przywódcy strajkowego z tego czasu, mówiącą o sprowokowanym charakterze pierwszego wyjścia do centrum miasta, politolog dr Michał Paziewski uważa za jeden z licznych mitów, które wytworzył „Grudzień”, do których zalicza m.in. pogłoskę o aresztowaniu delegacji strajkowej czy przebieranie się milicji w mundury wojskowe (to ostatnie nieporozumienie wynikało z wyglądu polowych mundurów milicyjnych). „Aresztowanie delegacji robotniczej” okazują się nieprawdą, lecz 17 grudnia „plotka” ta ma wielkie znaczenie i odgrywa dużą rolę w napiętej atmosferze panującej w mieście. Następnego dnia po utworzeniu Komitetu Strajkowego w spisanych postulatach nie ma mowy o aresztowaniu przedstawicieli strajkujących. Profesor Jerzy Eisler, historyk badający „Grudzień” powiedział mi w tym kontekście o „powszechnym lęku przed aresztowaniami, wynikającym m.in. z doświadczeń poznańskiego czerwca 1956 roku, kiedy to została zaaresztowana delegacja strajkowa”. Czy robotnicy Szczecina wiedzą o aresztowaniu komitetu strajkowego w Gdyni 15 Grudnia ?

Walki na nadodrzańskich bulwarach i podniesienie Mostu Długiego

Po rozbiciu pierwszej demonstracji i chaotycznym powrocie części ludzi w rejony stoczni, po jakimś czasie formuje się druga kolumna. Tym razem idzie ona bulwarem odrzańskim w kierunku Mostu Długiego (jedynego mostu drogowego łączącego lewobrzeżne centrum z prawobrzeżnym Szczecinem), gdzie demonstranci chcą połączyć się z robotnikami zlokalizowanych za rzeką zakładów przemysłowych. Kolumna zatrzymana zostaje przez szpaler milicji jakieś dwa kilometry przed mostem, w okolice nie istniejącej dziś stacji benzynowej (kadry z nieistniejącą już dziś stacją możemy zobaczyć w filmie A. Wajdy „Człowiek z żelaza”), na wodzie stoi statek straży stoczniowej „Strażak 22”. Rozbita kolumna cofa się do „Warskiego”. Most Długi zostaje podniesiony o godzinie 12, robotnicy prawobrzeża przechodzą przez rzekę wiaduktem kolejowym, oddalonym od podniesionego mostu o 2 km. Cały czas trwa wiec pod budynkiem dyrekcji „Warskiego”. W pewnym momencie podjechała w to miejsce karetka pogotowia. Jak ustalił dr Michał Paziewski, wysiadła z niej kobieta, która krzyczała „aby (stoczniowcy) nie szli do miasta, gdyż tam milicja strzela i są zabici i ranni”… Według dr Paziewskiego doprowadziło to do skutku wręcz przeciwnego. Uformował się drugi pochód, tym razem znacznie liczniejszy i już uzbrojony w łomy, grube kable czy pręty.

Bitwa o ulicę Dubois i wspomnienie Gaspara

Przy szkole podstawowej numer 27, w poprzek ulicy Dubois na skrzyżowaniu z ulicami Sławomira i Radogoskiej doszło do „ulicznej bitwy”. Siedemdziesięciu zomowców starło się tam z naciągającym pochodem. „W kolumnie wyróżniali się robotnicy w kaskach, w tym nader liczne kobiety. Z okien sąsiednich domów na ZOMO leciały doniczki z kwiatami, butelki po mleku czy piwie napełnione łatwopalnymi płynami”. Można z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, iż Panie, mieszkanki tych budynków, uczestniczyły w tych „bombardowaniach”. Trwa regularna uliczna bitwa. Miotana broń demonstrantów to głównie kamienie z torowiska tramwajowego. W tym miejscu, po godzinie 12, zostały zgromadzone 1, 2 i 3 kompania ZOMO (jedna kompania to około 40 ludzi ). Na jednym z moich blogów relację z tych wydarzeń opisał anonimowy bloger „Gaspar” - myślę, iż jest warta przypomnienia. „Siedziałem sobie grzecznie w szkolnej ławce w klasie 2b. Około 10 patrzę w okno, a tu, całą szerokością ulicy Dubois (niedaleko stoczni), idzie pochód robotników w kaskach. Było to dla mnie zaskoczenie, bo pochody widziałem tylko 1 maja, a ten wyglądał inaczej. Większość dzieci wiedziała, co się dzieje, bo rodzice pracowali w Stoczni. Była lekka panika, ale pani zaczęła dalej prowadzić lekcję. Tak ok. 12-14 ten pochód to była już biegająca we wszystkie strony chmara ludzi i zomowców. Płonął gazik milicyjny, przewalony do góry kołami, wszędzie fruwały jakieś papiery. Wszędzie biało od dymu i gazu. Zomowcy strzelali w szkołę z granatników gazu. Uczniowie ze starszych klas rzucali z góry doniczkami, a potem wielu uciekło ze szkoły przez kotłownię. Po mnie przyszła babcia, zaprawiona w bojach po Powstaniu Warszawskim. Jeszcze w ten dzień na ul. Swarożyca był mały posterunek ORMO i ten też został rozbity, to właśnie papiery stamtąd latały po ulicach. To widziałem z domu. Może trzeba powtórzyć w realu te wydarzenia, jak zamkną stocznię, chętnych jest sporo po rządach PO w mieście”. Tyle, jeśli chodzi o wspomnienia uczestników, powróćmy do ustaleń naukowców. Około 12.40 ZOMO wycofuje się, prawdopodobnie w wyniku skończenia się zapasów pocisków gazowych, wystrzeliwanych w stronę demonstracji (w sprawie braku chemicznych środków służących tłumieniu demonstracji komunistyczne władze PRL wspomoże bratnie NRD). Nie udaje się uciec gazikowi milicyjnemu i dwóm jego podoficerom. Zostają złapani i bardzo ciężko pobici, gazik zostaje wywrócony i podpalony. Wracająca kolumna ZOMO odbija dwóch rannych. Autor niniejszego tekstu spotkał się z kilkoma świadkami twierdzącymi, iż jeden z milicjantów został w tym miejscu zabity, jednak według oficjalnych danych, w szczecińskim Grudniu nie zginął żaden milicjant. Może to właśnie na część tych dwóch szlachetnych milicjantów, do końca lat 80. w KW MO wisiała tablica pamiątkowa dedykowana milicjantom, którzy stali wówczas na straży ładu i porządku. Demonstracja posuwała się w kierunku KW PZPR, po drodze na ulicy Mazurskiej spalono jeszcze wojskowego „Stara 66”, w którym siedzą milicjanci. Milicyjnym maruderom nic się nie dzieje, lekko poszarpani uciekają.

Płonie Komitet i Komenda

Tymczasem przed KW PZPR zbiera się około 20-tysięczny tłum. Pojedyncze osoby wdzierają się do opuszczonego gmachu. Pierwszy sekretarz wraz ze swoimi dworem salwował się ucieczką do gmachu KW MO na bliskiej ulicy Małopolskiej. Z otwieranych okien wylatują papiery, sprzęty biurowe, obrazy przywódców, w końcu meble i znalezione w środku dobra konsumpcyjne. Pod gmachem rozpalane są ogromne ogniska, w końcu przed 15 zaczyna mocno dymić sam budynek. Dr Michał Paziewski pisze: „Do gaszenia pożaru gmachu (KW PZPR) nie dopuszczono straży pożarnej, której samochód został uszkodzony. Jego załoga pieszo powróciła do swej siedziby przy ulicy Grodzkiej 1. Próby podejmowane ze strony zaplecza również uniemożliwiono, przecinając węże gaśnicze i kłując nożami koła pojazdów”. Po godzinie piętnastej zrewoltowany tłum, sprowokowany nieudolnym atakiem 40 milicjantów, przenosi się spod dymiącego KW PZPR w bezpośrednią okolicę gmachów KW MO i WRZZ. W pierwszym z tych budynków schowani są najważniejsi szczecińscy notable. Warto porównać ich strategię do zachowania części aparatczyków w Gdańsku, dla których azylem stał się kościół św. Elżbiety. Jedni wierzyli w siłę milicyjnych komend a inni w grubość kościelnych murów. Jak pisze dr Paziewski, pod KW MO „na placu Hołdu Pruskiego przed oboma gmachami komendy zgromadziło się około 10 tys. osób, gęsta rzesza ludzi dochodziła do samego podzamcza. Można w niej było dostrzec nawet kobiety z wózkami”. Po godzinie 15 zaczyna płonąć milicyjny gmach przy ulicy Małopolskiej 15, kilkanaście osób wychodzi na dach, wśród nich są 4 kobiety. Straż pożarna ściąga uwięzionych na dachu ludzi. Pojawiające się w okolicy wojsko przyjmowane jest początkowo z sympatią, częste są okrzyki „wojsko z nami”. Za godzinę atmosfera zmienia się diametralnie. Jak pisze dr Paziewski, „zdołano ugasić pięć transporterów, miały poprzebijane i nadpalone opony, unieruchomione układy kierownicze… Później w tym rejonie udało się powstrzymać płomienie na trzech czołgach”. Warto w tym miejscu podać informację, skąd demonstranci brali środki łatwopalne. Pozyskiwali je z nielicznych samochodów zaparkowanych w okolicy (koło południa pracownicy komendy zaczęli je usuwać), do której doszły później wozy strażackie (sami strażacy kategorycznie temu zaprzeczają). Ze stacji CPN na nadodrzańskim bulwarze, w końcu ulicy Wyszaka, benzynę dowozili także niektórzy taksówkarze, kilku pracowników pobliskiej kawiarni „Neptun”, a nawet przynajmniej jeden kanister otrzymano z zaparkowanego w pobliżu wojskowego „Skota”. Po godzinie 16, kiedy zrobiło się ciemno, demonstranci wybijają zabytkową, 12-metrową łodzią bramę KW MO. Na wewnętrznym dziedzińcu znajduje się około 200 funkcjonariuszy ZOMO i NOMO, padają pierwsze strzały i pierwsi zabici. Warto dodać, że atmosfera w KW MO nie była wesoła. Zwierzchnicy informowali milicjantów i żołnierzy o tym, że w Trójmieście tłum rozszarpał na komendzie dwóch milicjantów. „Na placu przed budynkami KW MO, mniej więcej w godz. 17.00 -18.00, zabito 12 osób. Tworząc tzw. kliny, bijąc kolbami karabinowymi i lufami trzymanymi oburącz oraz pałkami, z okrzykiem „huraaa!”, przed godziną 18, siłami trzech batalionów 41. pułku, do których dołączyli wopiści i milicjanci, zaczęto szpalerem rozpraszać i spychać sprzed KW MO, a następnie KW PZPR stosunkowo już nieliczny, nie stawiający większego oporu tłum”.

Wieczorem tego grudniowego czwartku został zaatakowany jeszcze WRN, czyli dzisiejszy gmach Urzędu Miejskiego, Areszt Śledczy i Prokuratura Wojewódzka. Mimo godziny policyjnej, „potyczki z kilkunastoosobowymi wyizolowanymi grupami młodzieży” trwały do 22. Wielu uczestników tych wydarzeń mówi o „powszechnym przeświadczeniu, że niszczenie sklepów i mienia publicznego miało charakter prowokacji, która miała doprowadzić do wprowadzenia wojska do miasta”. Po mieście rozeszły się sześcioosobowe patrole, dowodzone przez zawodowego żołnierza uzbrojonego w broń ostrą. „W rozpoznawaniu uczestników wydarzeń pomagał biały proszek, który (tak samo zresztą, jak ładunki z gazem łzawiącym pod KW MO i przed PMRN) rozrzucał krążący nad Szczecinem wojskowy śmigłowiec”. Koniec ulicznej części rewolty w Szczecinie nastąpił dnia następnego, 18 grudnia w południe. Zakończyły się wówczas walki pod odciętą przez wojsko stocznię, gdzie wojsko zastrzeliło dwie osoby. Według źródeł oficjalnych, ofiary to 16 zabitych i 172 rannych. Komisja odszkodowawcza pozytywnie rozpatrzyła wnioski 188 osób (w Gdańsku przyznała 852 odszkodowania). Według prof. Andrzeja Głowackieg,o badającego „Grudzień” w Szczecinie, „spalono lub poważnie uszkodzono 10 czołgów, 18 transporterów opancerzonych i 7 samochodów wojskowych”. Winni nigdy nie zostali ukarani, część historyków nadal powtarza kłamstwa, które służą ukryciu odpowiedzialności za nieprzedawniające się zbrodnie komunistyczne. Jednym z nich jest były już pracownik szczecińskiego IPN - dr Radosław Ptaszyński. W ostatnim zdaniu artykułu z listopada 2009 roku „Prokurator kontra stoczniowcy”, przytacza on m.in. fragmenty zeznań byłego prokuratora wojewódzkiego Zdzisława Rozuma z 1990 roku, w których możemy przeczytać: „Prokurator podkreślił także, że jeśli miałby konkretne doniesienie o spowodowaniu śmierci przez funkcjonariuszy MO lub SB, to jednak wszcząłby śledztwo lub zażądał polecenia na piśmie”. Przytaczając tego typu fragmenty bez  interpretacji, dr Radosław Ptaszyński prawdopodobnie bezwiednie powtarza tezę, mającą zdjąć odpowiedzialność ze szczecińskich prokuratorów, którzy uczestniczyli w kryciu sprawców zbrodni. Przecież prokuratura miała obowiązek wszczęcia z urzędu śledztwa w sytuacji zabicia kilkunastu osób. 17 grudnia odmienił Szczecin. Stworzyła się wspólnota. Następnego dnia ogłoszono rozpoczęcie pierwszego w historii PRL strajku generalnego…

Obraz 17 grudnia w oczach władz centralnych

Informacja dotycząca aktualnej sytuacji w kraju [z dnia 18 grudnia 1970 r.]

MSW Gabinet Ministra Tajny egzemplarz nr 10

Warszawa dnia 18 grudnia 1970 roku.

„W Szczecinie na terenie tamtejszej stoczni zebrało się około 2000 robotników, którzy o godzinie 11 udali się w zwartej grupie w kierunku miasta, wznosząc okrzyki antypartyjne i antypaństwowe. Zostali rozproszeni przez siły Milicji Obywatelskiej. Po godzinie 12 na wybrzeżu Ody zebrała się 500-osobowa grupa, która próbowała przedostać się do śródmieścia. Stanęły niektóre oddziały Stoczni Remontowej. Na ulicy Dubois zgromadziło się około 2000 osób, część demonstrantów, głównie elementy chuligańskie, zaatakowało funkcjonariuszy MO i podpaliło samochód MO. Między 13 a 15 godziną na ulicy Dubois zebrało się około 5 tys. osób, zaatakowano placówkę ORMO, podpalano dwa samochody, rozbito sklep spożywczy. Do akcji weszło sześć wojskowych transporterów opancerzonych. Również około 5 tys. zebrało się pod budynkiem KW PZPR, do którego obrony przystąpiło MO i wojsko. W budynku tym demonstranci wybili szyby oraz podpalili parter, w wyniku czego został on poważnie uszkodzony. W akcji gaszenia pożaru brali udział pracownicy KW PZPR i trzy wozy straży pożarnej. Inne dwa wozy, które skierowane były do gaszenia samochodu MO na ulicy Dubois, nie zostały przez tłum dopuszczone do akcji. Podpalono garaże, należące do KW oraz gmach Wojewódzkiej Rady Związków Zawodowych. Z kolei liczne grupy młodych wyrostków zaatakowały kamieniami budynek Komendy Wojewódzkiej MO. Wkrótce przed budynkiem, w którym przebywali również prawie wszyscy członkowie instytucji KW PZPR, zebrał się tłum liczący około 4 tys. osób, tłum kilkukrotnie próbował wzniecić pożar w gmachu. W godzinach wieczornych przy użyciu czołgów tłum został wyparty spod budynków KW MO, w czasie akcji wojsko użyło broni (salwy w górę). Podczas ruchów wojska (nie od strzałów) zginęło 6 osób. Ponadto na terenie Szczecina grupy awanturników dwukrotnie próbowały wtargnąć do więzienia, jednak zostały odparte – były salwy. Dwa wozy pancerne zniszczono, a kilka uszkodzono. Ogółem obrabowano 30 sklepów. Około godziny 21 sytuacja opanowana, wprowadzona została godzina milicyjna”.